Dziennik Stanowy:
20–21.09.2009 — Chicago

Można znienawidzić Amerykę w ciągu kilku minut, a najłatwiej rano. Wstaliśmy po czwartej rano, żeby zdążyć na autobus do Chicago. Sprawdziliśmy wcześniej w internecie, że zatrzymuje się tuż przed stacją kolejową, bo dworca autobusowego w Lafayette nie ma. Dojechaliśmy na rowerach. Ciemno, zimno, cicho, nikt nie chodzi, czasem tylko przejeżdża powolutku radiowóz pilnujący bezpieczeństwa śpiących obywateli. Nie spodziewaliśmy się wielu innych oczekujących pasażerów, bo tu nikt nie jeździ autobusem, a już na pewno nie z Lafayette i to przed świtem w niedzielę. Zaczęliśmy się niepokoić, gdy pięć minut po planowanym odjeździe wiąz nie było autobusu. Zapytaliśmy pierwszą napotkaną osobę — chłopaka na rowerze, czyli kogoś, kto używa nietypowych środków lokomocji. Powiedział nam, że przystanek przeniesiono o dwie przecznice dalej na czas prac remontowych (czyli ogrodzenia barierką kilku metrów kwadratowych na ogromnym pustym placu. Gdy dobiegliśmy na miejsce, autobusu już nie było, a może wcale nie przyjechał. W sieci piszą, że bilety są bezzwrotne, przewoźnik nie odpowiada na maile i nie odbiera telefonów. Jak się rozjaśniło, nawet zobaczyliśmy malutka kartkę na tym wielkim placu z odpowiednią informacją, ale na stronie nic o zmianie nie wspomnieli. Czyli było sobie 60 dolarów.

foto foto
foto foto

Całe szczęście dwie godziny później miał być pociąg (podobnie jak autobus jedyny tego dnia). Posiedzieliśmy chwilę na stacji, nawet zaczęli zbierac się jacyś ludzie. Dworzec nie ma jednak żadnej obsługi, informacji czy kas. W maleńkiej gablotce wisi jeszcze mniejszy rozkład (jednego pociągu w jedną i jednego w drugą stronę), a w kącie stoi automat do sprzedaży biletów. Powrót zaplanowaliśmy pociągiem, więc kupilismy bilet przez internet. Na potwierdzeniu drukuje się kod kreskowy, który skanuje się w automacie, a ten wydaje prawdziwy bilet. To udało się nam bez problemów. Automat oczywiście sprzedaje też bilety na miejscu. Niestety ten nie reagował na żadną z naszych kart. Chyba nie tolerował cudzoziemców, bo nie zauważał też karty Chińczyka, która miał ten sam problem co my, ale na szczęście miał też telefon. Po dziesięciominutowej rozmowie dowiedział się, że może kupić bilet u konduktora, a potem po zgłoszeniu awarii automatu otrzymać zwrot opłaty za wypisanie. Razem z na oko trzydziestką innych pasażerów poszliśmy więc na peron. Pociąg zjawił się z 25-minutowym opóźnieniem, o czym oczywiście nikt nie informował przez megafon, bo nikogo nie było. Ale przyjechał. I nawet udało nam się kupić bilet bez dodatkowych opłat. Całe szczęście, że mieliśmy gotówkę, a konduktor miał telefon komórkowy, bo musiał za nas dokonać telefonicznie rezerwacji na nasze nazwisko (na nienumerowane miejsca!). Całą drogę przespaliśmy (na każdym miejscu nawet były jaśki), a pani obok nawet miała kocyk w postaci półsurowej, to znaczy motek włóczki, druty i spory kawałek już udziergany, którym się w czasie roboty i odpoczynku przykrywała. Około południa dotarliśmy do wietrznego miasta.

Giełda A tam zimno, wieje, może nie ciemno, tylko pochmurno, ale pusto zupełnie. Wysiedliśmy w centrum miasta, a prawie nikogo nie było na ulicach. Kilku żebraków, bezdomnych i kolejny nowy Rockefeller — czarny czyścibut. Przeszliśmy całą dzielnicę finansową i obejrzeliśmy (z zewnątrz) wszystkie giełdy, parkiety i miejsca pracy innych sprawców kryzysu. Ale sami finansiści uciekli od odpowiedzialności wgłąb budynków albo pokutowali w kościele za grzechy. W każdym razie nie mieliśmy komu nastukać.

Od zwiedzania centrum Chicago boli szyja. Jest tak wysokie, że cały czas trzeba zadzierać głowę, a i tak nic nie widać w całości. Budynki są tak wielkie i tak gęsto nastawione, że obejrzeć można je tylko z daleka, np. z pociągu wjeżdżającego do miasta, a właściwie pod miasto, bo dworzec jest w podziemiu. Cała roślinność rośnie wewnątrz wielkich holów, bo tam chyba ma więcej światła i przestrzeni niż na zewnątrz. I nie mówię tu o paprotkach na biurkach, ale o zwykłych drzewach, a nawet gąszczu bambusów. Wieżowce można podzielić na dwie grupy: te stare (np. sprzed pięćdziesięciu lat), niższe, zdobione, kryte kamieniem, zawsze w stylu neo-cośtam, i te nowsze, wyższe, już tylko neo, czyli stal i szkło. Na najwyższy można wjechać, na balkon ze szklaną podłogą na 104 ze 110 pięter. Ale przełożyliśmy to na za tydzień ze względu na pogodę i fatalną widoczność.

Giełda Natomiast budynki starsze to np. neogotycki drapacz chmur, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Na dole jest ciosanym, wysokim klockiem, a na samej górze ma jakby kawałek londyńskiego parlamentu: wieżyczki, maswerki i rozety. Inny wieżowiec był, uwaga, zwieńczony łukami przyporowymi. Nad któryśdziesiątym piętrze stał po prostu jakby kawałek katedry, i to boczny fragment, pełniący zwykle raczej funkcję konstrukcyjna niż dekoracyjną. Ale najdziwniejszy był kościół metodystów. Na parterze — świątynia. No może gdyby nie portier, obrotowe drzwi, klatka schodowa i windy. Ale poza tym w środku piękne wnętrze z witrażami (których o dziwo nie ma od zewnątrz, więc skąd światło?), ławkami, organami, ołtarzem i próbą instrumentalnego trio. Powyżej dwudziestego dziewiątego piętra — strzelista wieża jak z gotyckiej katedry. A w środku co? Dwadzieścia osiem pięter zakrystii i plebanii? Otóż nie. W sieci przeczytałam, że kościół zajmuje pierwsze dwa i ostatnie cztery poziomy (na najwyższym jest górna kaplica, do której co roku odbywają się „wielkie pielgrzymki windą lub schodami”), a resztę podnajmuje na biura i kancelarie. I takie właśnie maja pojęcie o gotyckich katedrach Amerykanie.

Z budowlami warownymi jest wcale nie lepiej niż z sakralnymi. W środku miasta stoi wieża ciśnień i przepompownia. Wieża wygląda jak latarnia morska ustawiona na malutkim zameczku, a obok stoi prawie taki sam budynek, tylko bez latarni na szczycie. Oscar Wilde nazwał to "ufortyfikowanym monstrum z poutykanymi wszędzie pieprzniczkami" i niewątpliwie miał rację. Budynki jako nieliczne w mieście obiekty (obok jeziora Michigan na przykład) przetrwały wielki pożar, bo trudno chyba spalić kamienne zbiorniki z wodą, i są teraz symbolami miasta.

Amerykańska tęsknota za jakimkolwiek dziedzictwem w sferze architektury objawia się także w fasadzie wieżowca Chicago Tribune. Redaktor naczelny tej gazety poprosił w czasie budowy swoich korespondentów o pozbieranie fragmentów historycznych budynków z całego świata. Potem wszystkie je wmurowano i skwapliwie podpisano. Jakoś wątpię w legalność tej operacji, ale dzięki temu w ścianach znaleźć można np. kolumienkę z Wawelu, kawałki Taj Mahal, Partenonu, Hagii Sofii, pałacu Westminster, Wielkich Piramid, katedry Notre-Dame, Wielkiego Muru Chińskiego i mniejszego berlińskiego. Poza tym w oknie wystawiony jest kamień z Księżyca, którego na stałe wkomponować nie można, bo jest własnością NASA, więc redakcja go dzierżawi. I tak właśnie tutaj tworzy się historię.

foto foto

Giełda Między budynkami można znaleźć ciekawe rzeźby, ale nie jest to łatwe, bo choć kilkumetrowe, to gubią się między wysokościowcami. Niektóre są całkiem fotogeniczne, choć w rzeczywistości wyglądają mniej atrakcyjnie, jak np. murki ze ściekająca wodą, na którcyb wyświetlane się ludzkie twarze, dinozaur niczym z klocków lego, papierowy ulepek z czarnymi konturami nie kojarzący się zupełnie z niczym, kolejne wielkie-nie-wiadomo-co Picassa, a nawet czerwone łuki Caldera, którego wcześniejsze i mniejsze dzieła mnie zachwycają. Kilka nazwisk mnie jednak nie zawiodło, bo widelcowaty stworek Miró z wykafelkowaną pupą i mozaika Chagalla wyglądają świetnie nawet w Chicago, choć są akurat względnie najsłabiej wyeksponowane. Ale moją bezgraniczną miłość wzbudziła fasola, czyli lustrzana forma w kształcie kiedyś kulki wygiętej w kształt łuku (chyba nie zaprezentowałam się tu jako specjalista od opisu brył). Lustro jest tak pozakrzywiane, że wielokrotnie odbija i wykrzywia obrazy. Czasem trudno się znaleźć i rozpoznać w odbiciu. Obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie za każdym przekrzywieniem głowy lub ruchem kogoś ze stojącego pod spodem tłumu. Każde ujęcie zdarza się tylko raz, choć po czasie wydaje się, że wszystkie zrobione tam zdjęcia są w gruncie rzeczy identyczne. Ktoś to naprawdę genialnie wymyślił, bo rzecz jest bardzo prosta, daje niesamowite efekty i niewątpliwie stanowi nieoficjalny symbol Chicago, rozpoznawalny dla wszystkich, którzy choć raz to widzieli. A nazwa Chicago pochodzi przecież od cebuli a nie od fasoli.

foto foto
foto foto foto
foto foto

Wentylatory Zwierciadlana fasola stoi obok nietypowego amfiteatru. Nad sceną wznosi się konstrukcja z giętej blachy, która podobno zapewnia świetną akustykę, a wyglądem trochę przypomina muzeum Guggenheima. Nad widownią rozpościera się wyimaginowany dach rozpięty na całkiem realnych metalowych łukach. Na nich wiszą głośniki, które podobno imitują odbijanie dźwięku od nieistniejącej kopuły. Niedaleko jest molo, podobno największe na świecie. Myśleliśmy, że znaczy to tyle, co najdłuższe, ale ono jest wielkie w każdą stronę, ale dwa razy krótsze od najdłuższego, bo ma tylko nieco ponad kilometr. Za to na jego powierzchni znajduje się ulica (żadna budowla, po której trzeba długo iść, nie znalazłaby w tym kraju zainteresowania), parkingi, teatr, diabelski młyn, sala koncertowa, restauracje i muzeum. Ponieważ budynki stoją na całej długości, nie za bardzo czuć, że idzie się po molo. Zachwycają natomiast, podobnie jak w całym Chicago, kwietniki. Wielkie drewniane skrzynie z perfekcyjnie dobranymi, niezwykle kolorowymi i wypielęgnowanymi roślinami stoją na całej długości z może metrowymi odstępami. A między liśćmi kryją się tutejsze szpaki, które bezceremonialnie obskubują płatki, nie przejmując się ogromnymi kosztami, jakie miasto musi ponosić w związku z utrzymaniem tych oaz zieleni.

foto foto
foto foto
foto foto

Molo wychodzi oczywiście z plaży, którą niestety w przeważającej części wybetonowano. Na marnej plamie piasku przylegającej do centrum rosną smętne palmy i leży mnóstwo gnijących wodorostów. Ale podobno bliżej przedmieść można poczuć się jak nad oceanem, i to nie tylko dlatego, że strasznie wieje.

foto foto

Wentylatory Wiatr od jeziora niestety przygnał nad miasto chmury i całe popołudnie padało, a potem to nawet lało. Schowaliśmy się w niepozornym z zewnątrz budynku informacji turystycznej i ośrodka kultury. Jego wnętrze zachwyciło nas biało-zielono-turkusowymi mozaikami wykonanymi z prawdziwym wyczuciem i precyzją, choć oczywiście na wielką skalę. A pod niesamowitą witrażową kopułą wysłuchaliśmy koncertu amerykańskiej Chinki, która grała poważne utwory na dziecięcych zabawkowych pianinkach i akompaniowała sobie na blaszanych miskach. Interesujące.

foto foto

Wentylatory Chicago jest jednak miastem kontrastów, w którym w przeciwieństwie do zapyziałego i nadspokojnego Lafayette widać biedę i brud. Przede wszystkim zaś widać przemysłową tradycję aglomeracji. Ścisłe centrum okrąża pętla nadziemnej kolejki, która potwornie hałasując, jedzie po żelaznej, rdzawej, ciężkiej konstrukcji. Na tyłach szklanych wypucowanych budynków znaleźć można opuszczone magazyny i obskurne podwórka. Nad wąskimi uliczkami wiszą tłumy wentylatorów i plątaniny kabli, a przez rzekę (której bieg odwrócono i teraz płynie od jeziora) przerzucone są podnoszone mosty, których mocarna konstrukcja wydaje się nie do ruszenia. Pod odpicowanymi ulicami handlowymi biegną drogi z powietrzem gęstym od spalin i z zasikanymi parkingami. A w hostelu, w którym spędzaliśmy noc, chyba nigdy nie działała wentylacja i nikt nie próbował otwierać okna. Widocznie w to miasto turyści nie powinni zapuszczać się zbyt głęboko.

foto foto