Dziennik Stanowy:
19.09.2009 — Purdue–NIU 21:28

Boilermaker Wracając w piątek wieczorem do domu, zobaczyliśmy mnóstwo camperów na parkingu niedaleko uczelni, dokładnie jak tydzień temu. Pomyśleliśmy, że pewnie w sobotę jest mecz (jak tydzień temu), ale tym razem stanowi on pewnie dla nas ostatnią okazję zobaczenia na żywo amerykańskiego futbolu. Kiedy już zdecydowaliśmy się wydać 46 dolarów na bilety, postanowiliśmy porządnie się przygotować — przynajmniej teoretycznie, bo o grze tej wiedzieliśmy tyle, że wszyscy biją wszystkich, bramki są dwie, tylko wysoko, ale piłka nie jest okrągła. Cały wieczór spędziliśmy w internecie, czytając zasady i oglądając filmiki na youtube. A tak naprawdę oglądaliśmy wciąż jeden filmik, do którego prowadziły wszystkie linki. Wygląda na to, że we wspólnej historii kinematografii i futbolu zdarzyła się dokładnie jedna ciekawa akcja. W 1982 roku w meczu między uniwersyteckimi drużynami California i Stanford ci drudzy w ostatniej minucie (a nawet w czasie doliczonym na zakończenie akcji) zdobyli decydujące o wyniku punkty wśród obecnego już na boisku tłumu świętującego zwycięstwo przeciwników. Ale nie ten dramatyzm sytuacji tak zapadł Amerykanom w pamięć, lecz fakt, że do przyłożenia doszło po kilku podaniach, a nie w samotniczej akcji jednego z zawodników. Bo futbol to zwykle nie jest gra zespołowa. Najczęściej jest tak, że punkty padają tam, gdzie wszyscy się biją, a jeden biegnie i korzysta.

Trebacze Od rana wokół stadionu gromadziły się tłumy. Na parkingu całe rodziny rozpalały grille, popijały piwko, kupowały drużynowe koszulki, parasolki i stadionowe poduszki (takie, jak babcie brzegówki noszą u nas do kościoła, tylko te miały napis Purdue). Trzeba się było dobrze najeść i napić, bo na stadion nie wpuszczano z napojami, jedzeniem (bo to sprzedawali w środku), ani z alkoholem (tego nikt nie spożywał, bo futbol to sport rodzinny i dzieci patrzą). Zajęliśmy, wydawało nam się, wygodne pozycje, ale kiedy zorientowalismy się, że wszyscy wokół nas stoją na łąwkach i nie mają zamiaru usiąść przez cały mecz, i oczywiście nam zasłaniają, przenieśliśmy się na mniej obleganą trybunę. Zaczęło się od parady przez całe boisko z udziałem orkiestry (która wcześniej defilowała przed stadionem), czirliderek gimnastycznych, czirliderek bardziej aerobikowych, panienek z flagami i tych lasek, co machają kijkami (nie na odwrót), podrzucają je i robią szpagaty. Wkrótce miało się okazać, że oprawa artystyczna to najciekawsza część meczu, a złożona w dużej części z grubaśnych trębaczy orkiestra rusza się dużo żwawiej niż drużyny na boisku. Niech świadczy o tym fakt, że kiedy przyszliśmy do domu, okazało się, że spośród stu zdjęć, które napstrykałam, ledwie pięć przedstawia zawodników.

Futbol
Futbol

Cztery kwarty po piętnaście minut trwały trzy godziny i piętnaście minut, z czego ostatnia minuta i siedemnaście sekund — chyba z dwadzieścia minut, bo cztery razy cofano czas. Purdue przegrało 21:28, czyli tak naprawdę 4:3, bo każde przyłożenie daje sześć punktów i prawo do wkopania piłki do bramki, co zawsze się udaje i daje dodatkowy punkt. Co ciekawe, bramka znajduje się kilka metrów nad ziemią, nie ma górnej poprzeczki (dolną ma), a siatka jest wciągana tylko na czas strzału. Poza tym mecz składa się głównie z przerw: przerw między kwartami (chyba najkrótszych), przerw na namówienie się przez drużynę atakującą, przerw na zmierzenie, ile udało się ubiec w czasie akcji (bo tu chodzi o zdobywanie kolejnych jardów), przerw na nie rozumiem co i przerw, które może wziąć trener. Podczas części przerw czas leci, podczas innych jest zatrzymywany. W czasie każdej na boisko wybiegają czirliderki razem ze specjalnymi chłopakami, którzy podnoszą i podrzucają je do góry. Wybiega też drużynowa maskotka — koleś z flagą. A orkiestra gra. Natomiast akcja (zwana próbą, bo rzadko do czegoś konkretnego prowadzi) rozpoczyna się od ustawienia się naprzeciwko siebie dwóch rzędów zawodników w pozycjach sumopodobnych. Jeden z atakujących ma piłkę, rzuca ją za siebie (zawsze do tego samego kolesia, bo jeden może ją złapać), potem ktoś tę piłkę bierze i biegnie (z piłką w rękach!). Niektórzy biegną za nim, a inni biją się w parach. W końcu albo ten z piłką ucieka w popłochu na aut, albo sam się potyka o własne nogi lub kolegę z drużyny i przewraca, albo dopadają go tamci, biją go i jak już leży, kładą się wszyscy na nim. Potem wstają, znajdują pod spodem piłkę i zaczynają od nowa z miejsca, w którym skończyli. I tak w kółko, aż albo ktoś dobiegnie do końca boiska (co zdarzyło się siedem razy), albo kończą im się próby, bo w czterech nie przebiegli nawet dziewięciu metrów i to samo zaczyna się w drugą stronę. Od tej monotonii są wyjątki, bo czasem (nie rozumiem, kiedy i czemu) lepiej jest próbowac wkopać piłkę do bramki. Wtedy wszyscy zawodnicy na boisku zmieniają się na tych, którzy się na tym znają. Jeden jest specjalistą od złapania piłki i trzymania jej w rękach na odpowiedniej wysokości, a inny od wykopania mu jej z dłoni. Mimo tak wąskiej specjalizacji na boisku nie objawił się nikt, kto opanowałby kopanie na tyle, by piłka doleciała do bramki. Po zdobyciu siedmiu punktów też kopie się piłkę, jak najdalej, ale zawsze w stronę jednego wystawionego zawodnika drużyny przeciwnej. Do tego manewru też dedykowany jest odpowiedni z 46 zawodników. Akcje może i mogłyby trwać dłużej niż kilka sekund, gdyby piłka zmieniała właściciela. A tak, banda łysego, wszyscy na jednego i jeszcze mogą (a nawet muszą) go bić. W tej sytuacji nawet udogodnienie w postaci dopuszczenia noszenia piłki w rękach nie daje szans na zdobycie punktów. Żeby jeszcze sprawę skomplikować, w czasie akcji można wykonać najwyżej jedno podanie do przodu. A potem taką piłkę trzeba jeszcze złapać. A ona lata tak, jak może latać piłka o tak idiotycznym kształcie. Drużynie Purdue w całym meczu chyba raz udało się złapać piłkę. Najlepsi ligowi zawodnicy mają skuteczność podania podobno nieco powyżej 50%. A jak piłka tylko dotknie ziemi, to jest po akcji. Kto mi zatem wyjaśni, dlaczego nazywa się ona nożną? I dlaczego dziś ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi chciało na żywo oglądać przez trzy godziny kilka minut gry? Ja z ciekawości, ale ostatni raz.

foto foto
foto foto
foto foto
foto foto
foto foto