Dziennik Stanowy:
17.09.2009 — Szwedzki stół

Pewnie wyjdzie na to, że tylko tu jem, ale znów napiszę o lunchu. Tym razem poszliśmy coś przekąsić na wydział hotelarstwa. Mają tam całkiem sympatyczną knajpkę obsługiwaną przez studentów. W takich momentach człowiek zaczyna żałować, że studiuje na politechnice, gdzie w laboratorium może liczyć najwyżej na promocyjny pomiar lepkości cieczy czy przyspieszenia ziemskiego. A tutaj można za osiem dolarów zjeść obiad z przystawką, na bielutkim obrusie, z pełnym wyborem sztućców jak w Pretty Woman, pięknie zwiniętą serwetką i kilkunastuosobową obsługą. Kelnerki są przestraszone, jakby właśnie zdawały jakiś egzamin, ale chyba tak poniekąd jest. Jak tylko człowiek upije łyk wody, natychmiast ktoś przybiega uzupełnić braki. Co minutę ktoś pyta, czy czegoś nie potrzebujemy i czy wszystko nam smakuje. Pytania nasiliły się po tym, jak profesor, skądinąd słusznie, zgłosił wątpliwość, czy aby jego łosoś na pewno miał być surowy. Kelnerka poszła zapytać się do kuchni i okazało się, że jednak zwykle jest usmażony. Łososia zabrała i zaraz przyniosła nowego, może nawet zbyt usmażonego. I w ten sposób ktoś pewnie dostał dwóję, poprawkę zdał na cztery. Ja jadłam coś, co z nazwy było hinduskim kurczakiem, a w rzeczywistości zawierało kawałki drobiowej piersi (niesurowej na szczęście) zawiniętej w tortille wraz z warzywami. Mnogość jarzyn była na Amerykę naprawdę zaskakująca. Ale do tego oczywiście frytki i keczup. Trzeba być w którymś pokoleniu Anglikiem, żeby do zimnych kanapek zajadać ciepłe frytki. Mateusz zamówił sałatkę, która jako pierwsza w tym kraju nie zawierała mięsa, smażonego boczku, pokrojonych burgerów, steka ani nawet ryby. Składała się ze świeżego surowego szpinaku i koziego sera z ziołami. Z wierzchu lekko udekorowano ją pomidorem i ogórkiem. Po zjedzeniu dekoracji stawała się po prostu kupą surowego szpinaku i gdyby nie winegret, mój mąż pewnie zmieniłby się w królika. Wczoraj chyba nawet widzieliśmy takiego byłego klienta tej restauracji, jak przekicywał przez ulicę i nawet zdziwiliśmy się, co takie zwierzę robi na kampusie. Śmiać ani gapić się zbytnio nie wolno, bo to kraj tolerancji i każdy może wyglądać, jak mu się podoba. Ale teraz wszystko już rozumiemy.

Skoro już jesteśmy w temacie kulinariów, to wszystkim moim czytelnikom należy się sprostowanie. Potrawa hinduska, jaką śmiałam określić mianem smażonych w głębokim tłuszczu pierożków z ziemniakiem to samosy. I jak ja mogłam tego nie wiedzieć? Dziękuję za pomoc w identyfikacji i proszę o informacje, jesli ktoś zna prawdziwą tożsamość smażonego kurczaka, kurczaka w sosie, takim jak u Dawida, czyli jasnoczerwonym i dobrym, mielonej jagnięciny z groszkiem, brei z bakłażana, cukinii z czymś czerwonym i bardzo ostrym, szpinaku z czymś brązowym i jeszcze ostrzejszym, chlebków z ziemniakami albo chlebków suchych i w szczególności jakiegoś takiego ryżu dmuchanego zmieszanego jakby z surowym makaronem z zupki chińskiej i kawałkami chipsów tortilla, wszystkiego obsypanego solą, curry i czymś słodkim.

Po południu moje zdanie o amerykańskim życiu towarzyskim miało ulec gwałtownej zmianie. Niestety w tej przemianie nie miał wziąć udziału ani jeden Amerykanin. Poszliśmy na instytutowe three o'clock, czyli codzienne nieoficjalne spotkanie starszych studentów i kadry o trzeciej w sali koło biblioteki, na którym oprócz herbaty podaje się kawę tak lurowatą, że jest jaśniejsza od herbaty, a do tego ciastka, które składają się z samego cukru, a czasem różnorakie ciasta w różnych kolorach (ale niekoniecznie różnych smakach), z buraczanym włącznie, a wszystkie pokryte masą z cukru pudru i tłuszczu. Tam spotkaliśmy Markusa, matematyka ze Szwecji, który został nam przedstawiony przez profesora jako mieszkaniec bardzo interesującego domu nad rzeką. Ja raczej opisałabym go jako posiadacza więcej niż interesującego poczucia humoru. Swoją znajomość z nami rozpoczął od opowiedzenia historii o wycieczce na kajaki na długi weekend. Wziął kajak i namiot, i pojechał samochodem w stronę Chicago, a potem nad Wielkie Jeziora. Ze względu na jakiś objazd i korki w okolicach Chicago, piątkowy wieczór spędził w towarzyswie lokalnej społeczności w przydrożnym barze w jakiejś małej mieścinie. Wygranej w bilarda omal nie okupił pobiciem, bo przegrany w ramach rewanżu nalegał na walkę wręcz na zewnątrz. Obyło się bez rękoczynów, ale i tak rankiem Markus obudził się w samochodzie z bólem głowy (z powodu kaca, nie niewygody). Ruszył w stronę jeziora i po kilku godzinach jazdy, już na plaży, zatrzymali go ci głupi faceci w śmiesznych czapkach, którzy oznajmili, że zostawienie samochodu w parku stanowym i wypłynięcie na jezioro wymaga uzyskania zgody straży granicznej. — istnieje przecież niebezpieczeństwo, że Szwed z trzyletnią wizą ucieknie do Kanady kajakiem przez w końcu Wielkie Jeziora. Najwyraźniej straży wydało się to prawdopodobne, bo został zawrócony. Wrócił zatem kilka kilometrów, zostawił samochód poza parkiem i już przez nikogo nie nękany ruszył pieszo w stronę plaży. Nie zaryzykował jednak noclegu na jednej z wysepek w obawie przed jakąś ratującą integralność amerykańskich granic akcją z udziałem motorówek, helikopterów i rakiet. Noc spędził na wybrzeżu w towarzystwie podstarzałego Amerykanina z Alabamy, który urozmaicał sobie wieczór wyciem do księżyca. Taki to był Szwed.

No właśnie, Szwed. Wysoki blondyn w niebieskimi oczami, którego na Uniwersytecie najbardziej bulwersuje nieergonomiczność budynku departamentu matematyki. Trzeba w tym miejscu wyjaśnić, że na każdym piętrze po obu stronach korytarza w kształcie prostokąta znajdują się pokoje dla kadry. Te po zewnętrznej części przypadają starszym i zasłużonym profesorom, a te po wewnętrznej młodym doktorom. Rzadko się zdarza, by wąski korytarz dzielił instytut na dwa różne światy, ale w tym przypadku to rozgraniczenie jest dotkliwie odczuwalne — wewnętrzne pokoje nie mają okien. Żadnych okien. Inna sprawa, że pozostałe okna są malutkie i się nie otwierają, więc i tak trzeba przez cały dzień świecić światło i włączać nawiew. Tak czy inaczej Szwed skomentował tę niedogodność mówiąc, że w jego kraju budowanie pokoi bez okien na pewno jest nielegalne. Pewnie podobnie jak tworzenie mebli, które nie mieszczą się w płaskich pudełkach.

Narzekał też na Amerykanów, że nie umieją pić, ale za to słyszał dobre plotki na temat Polaków. Sprowokowany nieco przez prfoesora, Markus zaprosił nas na wieczór do siebie, oficjalnie na oglądanie widoku na rzekę. Po drodze poszliśmy na zakupy i zaopatrzyliśmy się w jakieś rzeczy na grilla (bo przecież na rzekę patrzeć będziemy z tarasu, na którym na pewno jest też grill) oraz wino i coś mocniejszego na wyostrzenie wzroku. Kiedy dopedałowaliśmy na miejsce, było tam już kilkoro przyjaciół Markusa, których postanowił zaprosić, skoro już przychodzimy, i nieco onieśmieleni całą sytuację profesor z żoną. Ich zmieszanie wzrastało wraz z pojawianiem się kolejnych gości i lepszym zapoznawaniem się z domem, którego główne wyposażenie — poza bałaganem — stanowił stół do ping ponga, wieża, kilka niezbędnych sprzętów (marki Ikea oczywiście) oraz rozczulający, drewniany, pomalowany na czerwono konik stojący nad łóżkiem, dokładnie taki, jak w finałowej scenie Historii kuchennych. Impreza rozkręcała się, przyszedł duży i przezabawny Chińczyk, mówiąca po polsku Ukrainka, Austriak, Hindus o wyglądzie nastolatka, Ukrainiec, jeszcze ktoś — nie wiem, jakiej narodowości. I jakby tego była mało, inny Ukrainiec — trener zapasów — próbował (bezskutecznie) przywołać żeńską drużynę kajakarską, która akurat trenowała w rzece. Przybywało ludzi, a wraz z nimi mrożonych placków z papieru toaletowego, zwanych tu burgerami. Grilla rozpaliliśmy po amerykańsku, ale z użyciem pewnej wiedzy matematycznej, czyli przy pomocy dużej ilości rozpałki, notatek Markusa do zajęć z algebry oraz wentylatora rozdmuchującego ogień. Natomiast na stole znaleźć można było kilka międzynarodowych przysmaków: sos amerykański ze Szwecji (w Stanach nieznany — coś jak ryba po grecku), anyżowe żelki od cioci Markusa (fuj), rosyjską (a nie ukraińską) wódkę i amerykańskiego (a nie czeskiego) Budweisera. Z każdą kolejną kolejką żarty robiły się coraz śmielsze. Oprócz licznych anegdot o trudnym życiu w Ameryce i skierowanych prawie zawsze w stronę Markusa uszczypliwości (niektórzy ludzie są szczególnie dobrymi obiektami żartów), pojawiła się spontaniczna ciągota do tańca, i to początkowo głównie w parach męsko-męskich. I tak wśród pląsów do arabskiej, rosyjskiej i szwedzkiej muzyki powstał pomysł ruszenia na miasto do studenckiej dyskoteki. Austriak ostatecznie zgodził się poświęcić i zaprzestać pić do końca wieczoru (to znaczy prawie zaprzestać, bo wypił potem już tylko półtora piwa) i służyć za kierowcę. Nie chcę przez to powiedzieć, że w momencie wypowiadania tych słów był zupełnie trzeźwy, ale tu obowiązują trochę inne normy. Alternatywą było jechanie na imprezę camperem Markusa, nie przejmowanie się żadnymi normami i spanie w wehikule na parkingu przed tancbudą. Mateusz zdecydował się wrócić do domu rowerem, a my (już wtedy tylko we czwókę), pojechaliśmy wielkim wozem, słuchając głośno muzyki i popijając piwo, na prawdziwą zabawę.

Już od dłuższego czasu marzyłam o zinwestygowaniu tutejszej gorączki sobotniej (no może być czwartkowej) nocy. Wejście do przybytku rozrywki kosztuje pięć dolarów i stres dokładnego wylegitymowania przez bardzo dużego ochroniarza. W środku jest podobnie jak w polskim klubie, bar, parkiet (za płotkiem), DJ na podwyższeniu, światła i mnóstwo ludzi. Wszystkie Amerykanki, które na zajęcia przychodzą w majtkach i klapkach, wieczorem noszą sukienki mini, pełny makijaż i wyolbrzymione buty na obcasie w stylu myszki Minnie. Sukienki też są mini, bardzo mini, i to niezależnie od tego, czy Amerykanka waży 20, 50, 100 czy 200 kilogramów. Mężczyźni wyglądają normalnie, choć nie widziałam żadnego w krótkich spodenkach. Alkohol pije się z wielkich, kolorowych plastikowych kubków jak do mycia zębów, tylko większych. A parkiet jest mokry. Początkowo myślałam, że od rozlanego piwa, bo wszyscy tańczą z piwem w ręku. Potem podejrzewałam, że to od gorączki zabawy, bo tutaj raczej nikt nie podpiera ścian, tańczą także chłopaki (a nie obserwują z daleka gnące się dziewczyny). Wiele osób tańczy w parach, choć nie w sensie prowadzenia partnerki, a raczej zespolenia się w jedno wijące się konwulsyjnie ciało. Ale ta wielka kałuża na cały parkiet, na której wszyscy się ślizgali i która moczyła nogawki, pochodziła od DJa, który co kilkanaście minut puszczał — zamiast normalnego dymu — zimną pachnącą parę, która osadzała się na włosach jak wata cukrowa. Mimo tych trudności, wytańczyłam się za cały pobyt i zmęczona wróciłam do domu, a rano Mateusz bohatersko pobiegł po mój rower. Widać można się świetnie bawić w Stanach, byle w towarzystwie, które ma do tego kraju należyty dystans.