Dziennik Stanowy:
15.09.2009 — wyWROTKI

Dzisiejszy dzień był zakręcony, w kółko robiliśmy coś na okrągło. Kiedy już udało mi się wyrwać z pętli snu, poszliśmy na lunch do greckiego fast foodu, w którym kucharzem był Chińczyk, a i reszta wydawała się równie autentyczna. Przy stole wszyscy gadali o piłce, a właściwie o różnych sportach zawierających piłkę, niekoniecznie okrągłą. Dyskusja zaczęła się od tematu przewagi rugby nad futbolem amerykańskim (bo tam wszyscy biją wszystkich, a nie wszyscy jednego), następnie ktoś stwierdził, że boks jest sprawiedliwszy (bo jeden bije drugiego, a drugi pierwszego). Potem zeszło na wyższość baseballu nad futbolem (bo tam choć akurat mają kije, to wcale się nie biją, tylko czekają, aż ktoś trafi wreszcie w piłeczkę i będzie można pobiegać) i lepszość piłki nożnej od wszystkich wcześniej wymienionych sportów (bo podobno w mig można zrozumieć zasady, chyba że jest się kobietą, i też się raczej nie biją, chyba że na trybunach). Na końcu ktoś (można się łatwo domyślić jego narodowości, wiedząc, że w towarzystwie był Meksykanin, Chińczyk, czworo Polaków, Rumun i dwoje Francuzów) stwierdził, że wszystko i tak bije siatkówka (bo tam nikt nikogo nie bije, chyba że trener sędziego) i spojrzał z wyższością na sąsiada (też łatwo zgadnąć jego pochodzenie). Niektórzy już tak mają, że lubią rozmawiać głównie o tym, w czym im akurat dobrze idzie. I tak na resztę posiłku z siatkówki rozmowa zeszła na matematykę.

Wrotki Po południu pojechaliśmy poszaleć na wrotkach (a może raczej poszaleliśmy pojeździć), na takie wielkie wrotkowisko jak na filmach (amerykańskich oczywiście). Czynne mają tylko kilka godzin w tygodniu, płaci się pięć dolarów za wypożyczenie wrotek i dwie godziny jazdy, więc spodziewaliśmy się tłumów, ale przybyliśmy pierwsi. Pierwsze problemy pojawiły się przy wyborze sprzętu. Zdecydowaliśmy się na tradycyjne wrotki ze skórzanymi butami, odrzucając rolki i wrotki szybkie, które wyglądały identycznie, ale pewnie miały jakieś wspomaganie. Nie mieliśmy tylko pojęcia, jaki mamy rozmiar według amerykańskiej numeracji. Chłopak z obsługi przyznał, że miał to chyba ostatnio w szkole, ale pewnie się nie nauczył, bo nie pamiętał. Trafiłam za trzecim razem — siedem (Mateusz — 11). Zawiązałam wrotki, wstałam — i BUM na wykładzinę prosto pod nogi chłopaka z obsługi. Na łyżwach (z którymi jestem bardziej obeznana) to przynajmniej jest się bezpiecznym, póki się nie wejdzie na lód. A tu wystarczy postawić ciężar ciała choć trochę na tylnej części stopy (co zwykle jest naturalną częścią wstawania) i już — noga wyjeżdża spod reszty ciała daleko do przodu, a tyłek uderza w ziemię. Nie wiem tylko, co było gorsze, ból pośladków czy świadomość, że chyba jednak nie umiem jeździć na wrotkach. Ostatni raz próbowałam w przedszkolu, na wrotkach bez butów, z paskami z dermy i rozsuwaną szyną, którą dopasowuje się do długości stopy. I pamiętam, że włożyłam sobie do spodni poduszkę, by zamortyzować upadki.

Niezrażeni początkową porażką, weszliśmy na pokryty gumową podłogą plac z dwiema kolumnami pośrodku. Grała amerykańska muzyczka i nawet udawało nam się jechać do przodu w bardziej lub mniej wyszukanym stylu (przez analogię do łyżwiarstwa). Jednak w temacie hamowania, mimo usilnych i desperackich prób, nie wykryliśmy żadnych podobieństw do znanych nam sportów. No, może z wyjątkiem hamowania na początkującego łyżwiarza — wjechać w bandę z całym impetem i złapać się jej. Na łyżwach jednak efekt odbicia od bandy i niekontrolowanej jazdy w tył jest znacznie mniejszy.

Na wrotkach Po kilkunastu minutach zjawiła się jeszcze jedna para i dwie dziewczyny. Mieliśmy nadzieję podpatrzeć u nich, o co w tym chodzi i do czego służą te klocki na przodzie wrotki. Niestety dość szybko okazało się, że jeździmy mimo wszystko najlepiej na wrotkowisku. Nawet mimo to, że chwilę później znów poczułam, że moje nogi jadą na tylnych kółkach znacznie szybciej niż pośladki i wszystko ponad nimi. Pomyślałam, że uciekną mi i już nigdy więcej nie będą integralną częścią mojego ciała. Wtedy to, co miałam kiedyś powyżej nóg, znalazło się poniżej nich i poczułam, o ile twardsza od wykładziny jest gumowa podłoga. Pośladki nie zamortyzowały upadku (w dodatku tym razem nie miałam poduszki). Poczułam jak mimo wielkiego skurczu mięśni kręgosłup przesuwa się w górę, podbija mózg jak piłeczkę golfową (podobieństwo raczej ze względu na impet niż wielkość), a ten uderza z całej siły o czaszkę. Najpierw zobaczyłam gwiazdy, a potem uniesione do góry wrotki, w których wciąż obracały się kółeczka. Przeżyłam, a nawet wstałam i dalej świetnie bawiłam sie przez kolejne półtorej godziny. Mateusz wywrócił się raz, ale to może tyle na ten temat, bo niektóre nacje lubią mówić tylko o tym, co im wychodzi.

Nasi towarzysze opuścili nas po niecałej godzinie i do końca mieliśmy wrotkowisko całe dla siebie. Chłopak z obsługi z nudów posprzątał cały klub chyba ze trzy razy. Umył wszystkie kilkanaście stolików, przy których pewnie nikt nie siedział od miesięcy, odkurzył wrotkowisko, umył automaty, na których nikt nie grał, pozamiatał podłogę i wytarł dokładnie bar. Przeszkodziliśmy mu tylko raz, zamawiając colę (piwa oczywiście nie mają). Potem przyszedł duży gruby Murzyn i szepnął coś do chłopaka, a ten podszedł do nas i wręczył nam cztery kupony na darmowe albo tańsze wejście — nasze pierwsze amerykańskie kupony promocyjne. Zatem w sobotę, a może nawet już w piątek, idziemy znowu.

Moment zdjęcia wrotek jest jeszcze przyjemniejszy niż uwolnienie nóg z łyżew. Wrażenie to potęguje fakt, że zamiast ciężkich kozaków, które i tak wtedy zdają się nic nie ważyć, zakłada się sandały. A do tego jeszcze wcześniej ściąga skarpetki (mam nadzieję, że to nie ta czynność zdjęła z mych nóg najwięcej ciężaru). Tylko potem trudno się przesiąść z ośmiu kółek na dwa, które jednak dla ułatwienia nie rozjeżdżają się w dwóch przeciwnych kierunkach.

I tak toczy się dalej nasze życie. Dużo regularniej i ciszej niż samochód, który minął nas w drodze powrotnej na zupełnym flaku w tylnej oponie, stukając o asfalt okrągłą podobno felgą.