Dziennik Stanowy:
13.09.2009 — Łabyły i wiedząwiórki

W niedzielę kontynuowaliśmy nasze badania, co Amerykanie robią w weekend. Poszukiwania zaczęliśmy w amatorskim teatrze, który wystawiał Pułapkę na myszy. Bilety kończyły się już w czwartek, więc wyglądało na to, że spora część mieszkańców będzie na widowni. Na miejscu okazało się, że owszem, spora, ale na pewno nie reprezentacyjna. Nasza dwójka zaniżała średnią wieku o kilka procent, bo kuluary, a właściwie hol wyglądał jak lotnisko na Teneryfie — pełne wózków inwalidzkich, balkoników, laseczek i ich właścicieli. Z dwiema różnicami: ci zamiast po niemiecku mówili po angielsku i byli odstawieni jak stróż w Boże Ciało. Wygląda więc na to, że starsze pokolenie, mimo że na zakupy chodzi w dresie, do teatru wyciąga z czeluści szafy odświętne ubranie oraz biżuterię, a nawet się maluje (często zbyt mocno), i tylko ortopedyczne adidasy są te same. Nieliczni młodsi natomiast bez zmian: podkoszulki, dżinsy, a nawet bardzo krótkie spodenki i do tego nieodzowne gumowe klapki. Tutaj naprawdę trudno odróżnić światek bohemy od drużyny futbolowej.

Spektakl był łatwy, lekki i przyjemny i nawet mimo nie najdoskonalszego udawanego brytyjskiego akcentu zrozumieliśmy fabułę (tożsamość mordercy sprawdziliśmy wcześniej w Wikipedii, choć nie zdradzimy, bo obiecaliśmy). Teatr jest amatorski, choć gra w nim kilku profesjonalistów, ale sponsorów i szczodrych przyjaciół ma więcej niż artystów i niezależnej publiczności razem wziętych.

Wrażenia ze sztuki wymieniliśmy przy mrożonej kawie, w Starbucksie, odhaczając w ten sposób kolejny kulinarny punkt obowiązkowy zwiedzania Ameryki. Dotychczas zaliczyliśmy steka, burgery, przesłodkie pączki, tutejsze piwo, s'more'sy i przydrożny bar. Zostało nam jeszcze sprawdzić, czy w McDonaldzie naprawdę wszystko jest większe i czy w Wendy's kotlety na serio są kwadratowe (a mieliśmy już nie jeść tu hamburgerów). Popcorn z lodami i syropem kukurydzianym chyba sobie darujemy. Podobnie amerykańską pizzę i niebieskie torty.

My

Pozostało jeszcze znaleźć młodszą część społeczeństwa. Ulice były puste, na kościół chyba też już trochę za późno, gdzie więc podziały się rodziny z dziećmi? Otóż na łonie natury. Kto nie wyjechał kolejny raz na kemping za miasto (a ponieważ wszyscy byli tam tydzień temu, teraz pewnie wydmy świecą pustkami), ten piknikuje w parku. Park składa się z parkingów (choć słowotwórczo jest odwrotnie) i lasu, który byłby całkiem dziki, gdyby nie wylana droga asfaltowa i mnóstwo zewsząd widocznych plastikowych rur do odprowadzania wody. Koło parkingu jest plac zabaw, stoły pod daszkiem i grille. Z nich jednak mało kto korzysta, bo dużo łatwiej jest zamówić pizzę. To niewątpliwa przewaga łona natury w sercu miasta nad łonem dzikim.

Resztę popołudnia (z wyjątkiem zakupów w supermarkecie) także spędziliśmy wśród natury, spacerując wokół polodowcowych jeziorek (nawet nie można tam wjechać rowerem) i fotografując wszechobecne szare wiewiórki. Są istotnie brzydsze od naszych rudych, głownie ze względu na świniopodobne pyszczki (może ryjki raczej) i chyba szkoda, że wtargują(?) do Europy.

Żaba Gąsienica
Wiewiórka Kaczka Łabędzie