Dziennik Stanowy:
12.09.2009 — Everything but the kitchen sink, czyli wszystko ale kuchnia tonąć

Ponieważ wszyscy wokół próbują mnie przekonać, że w Lafayette mnóstwo się dzieje, nie można się nudzić, kwitnie życie kulturalne i nocne, postanowiłam się przekonać na własnej skórze i zostaliśmy na weekend w mieście. Całe czwartkowe popołudnie przeszukiwałam internet i rzeczywiście znalazłam trochę więcej niż na stronie miasta West Lafayette, gdzie chwalą się głównie tym, że mają straż pożarną i oczywiście uniwersytet. Potem Mateusz kontynuował moje poszukiwania, co po kilku godzinach zaowocowało udekorowaniem mapki Lafayette w Google Earth flagami oznaczającymi browar z knajpą, rodzinny piknik, kilka galerii, muzeum sztuki, sklepy z antykami, amatorski teatr, pracownie ceramiki, klub pasjonatów robienia na drutach, sklep z włóczką oraz targ. Wydaje się, że żaden najmniejszy sklep nie mógłby tu funkcjonować, zajmując się tylko sprzedażą. Inna sprawa, że najmniejsze sklepy zajmują się tu sprzedażą przedziwnych rzeczy. Wszak wszystkie rzeczy codziennego użytku kupuje się w supermarketach. Tak więc galeryjki te, poza dystrybucją przedmiotów niecodziennego i raczej nieużytku, takich jak obrazy, ceramika, inne dzieła sztuki, czekoladki, starocie, artykuły dla artystów, tkaniny, włóczki i instrumenty muzyczne, zajmują się integracją lokalnej społeczności i szerzeniem wśród ludu nietypowych umiejętności. W soboty można pójść z własnymi drutami i napojami na wieczorne dzierganie przy filmach, w poniedziałki ulepić garnek, a w środę za dwa tygodnie go pomalować, w piątki przyłączyć się do tworzenia wielkich narzut na łóżka dla sierot w Kazachstanie, we wtorek wziąć udział w lekcjach tureckiego, w sobotę kupić dyniowe ciasto od amiszów, a w niedzielę obejrzeć Pułapkę na myszy w amatorskim teatrze.

W sobotę zaliczyliśmy większość przewidzianych na ten dzień atrakcji, czyli pewnie dla lokalnej ludności program rozłożony na wszystkie pięćdziesiąt kilka sobót roku. Zaczęliśmy od amerykańskiej legendy — wyprzedaży garażowej. Można na niej po nieprzyzwoicie niskich cenach kupić to, co Europejczycy by wyrzucili, nie chcąc ujawnić sąsiadom, jakie szpargały udało im się zachomikować w szafach. Wydaje się, że większość z nich trudno byłoby kupić gdzieś indziej niż na wyprzedaży garażowej i człowiek się zastanawia, w jaki sposób dobra te stały się częścią czyjegoś majątku. Ale najbardziej niesamowite jest to uczucie włażenia komuś w życie sprzed kilku sezonów, które sam wystawił na podjeździe przed domem, jakby wcale się go nie wstydził. Można pooglądać, jakich ciuchów już nie nosi, jakimi zabawkami przestało się bawić jego dziecko, jakie książki już przeczytał, ilu filiżanek w róże trzymanych w prezencie ślubnym od dalekiej ciotki postanowił wreszcie się pozbyć i których fimów na wideo już nie ogląda, bo zna je na pamięć lub zepsuł mu się magnetowid. My za dwa i pół dolara wzbogaciliśmy się o książkę o crème brûlée, cztery passe-partout i dwa plastikowe kieliszki do wina, choć nie wiem, czy bardziej dystyngowane jest picie napoju bogów ze szklanych kubków czy plastikowych kieliszków.

Natomiast na targu, na którym rodziny z okolicznych farm wystawiają w wiklinowych koszach warzywa (potwornie drogie, bo pewnie ekologiczne), przetwory w małych słoiczkach i domowe wypieki, kupiliśmy supernaturalną musztardę z miodem i habanero. Przyszły beneficjent tego zakupu wie, że to dla niego.

Potem odwiedziliśmy kilka galerii, które wystawiają dzieła lokalnych artystów, bardziej lub mniej domorosłych. Wydaje się, że tu naprawdę łatwiej zacząć artystyczną karierę i to bez wyjeżdżania do Nowego Jorku, choć przyznam, że niektóre prace były naprawdę ciekawe. Ale dużo większe wrażenie wywarły na nas sklepy z rzekomymi antykami. W rzeczywistości są to raczej galerie staroci, rupieci, a czasem nawet śmieci. Wśród pordzewiałych klatek dla ptaków pałętają się sztuczne liściaste choinki i patchworkowe poduszki. Spod zakurzonych kapeluszy z piórami wykopać można zdekompletowane serwisy kawowe czy pozbawioną ucha przytulankę, a między szprychami koła od wozu dojrzeć sztuczny styropianowy tort z wisienką. Nawet jeśli nie znajdzie się w takim sklepie nic do kupienia, do na pewno zdobędzie się inspirację do urządzenia altany czy udekorowania stołu na szalone przyjęcie.

Na lunch poszliśmy do zachwalanego lokalnego browaru. Piwo wyjątkowo rzeczywiście miało smak, ale dość trudny. Zamówiliśmy podobno słynne tamtejsze burgery, które podają z domowej roboty czipsami. Na specjalne zamówienie do mielonego w bułce można (za darmo) dostać sałatę, pomidory i kiszonki. Poprosiliśmy, wyobrażając sobie talerz pełen świeżej surówki. Dostaliśmy całkiem niezłego kotleta przykrytego stopionym serem, watę w kształcie bułki, po jednym liściu sałaty i dwa plasterki pomidora, a do tego talerz pełen przetłustych czipsów. Na tydzień chyba starczy nam amerykańskich przekąsek.

Chcieliśmy też zwiedzić budynek sądu, ale w sobotę nie wpuszczają, a potem jedyne w mieście muzeum, ale okazało się, że trzy sale na piętrze są zamknięte na czas zmiany ekspozycji. Nie byłoby to pewnie przeszkodą, ale były to jedyne sale w tym muzeum.

Na popołudnie byliśmy zaproszeni do meksykańskiego profesora na obiad. Uprzedził nas, że ze względu na nieobecność jego żony do popołudnia to on przygotuje posiłek i do jedzenia będą hot dogi. Nie za bardzo wiedziałam, czy nie wygłupimy się, przynosząc do takiego posiłku włoskie wino, a nie np. amerykańskie piwo czy wręcz coca-colę. Całe szczęście hot dogi okazały się meksykańskie, czyli różniły się od zwykłych zastąpieniem keczupu przez przepyszną surówkę z awokado, pomidorów, sałaty i kilku innych warzyw, a parówek przez grillowane pikantne kiełbaski. Niestety dmuchane białe bezsmakowe bułki nie znalazły w amerykańskim supermarkecie godnego zastępcy. Ponadto hot dogi poprzedziła wyśmienita sałatka z kaktusa, a zwieńczeniem posiłku była fantastyczna mieszanka owoców. Do picia poza naszym winem podano rzeczywiście piwo, ale meksykańskie, które pije się z limonką i solą. Rozumiem używanie tego dodatku do tequili w celu zabicia jej bimbrowego smaczku, ale piwa to szkoda. Chyba że amerykańskiego, bo temu to jakiś smak by nie zaszkodził.