Dziennik Stanowy:
9.09.2009 — Wszystko, co możesz znieść za 10 dolarów

Dziś poszliśmy na lunch do hinduskiej restauracji?... może raczej baru?... albo stołówki? Wystrój był raczej niewskazujący na spożycie w miłej atmosferze: szara wykładzina dywanowa, metalowe krzesełka z siedzeniami krytymi dermą, girlandy ze sztucznych liści, odlana z gipsu hinduska Wenus z Milo z dzbanem na głowie i indo-disco z głośników. Ale obsługa była jak najbardziej hinduska, czyli między innymi dziwnie mówiła po angielsku, a większość klienteli też etniczna — poza Hindusami i nami, o dziwo Japończycy, którzy przecież nie gustują w ostrych potrawach. Może dlatego z ich rozmowy zrozumieliśmy jedno słowo „kimci”, czyli kiszona kapusta chili, jedyna ostra rzecz w ich kuchni (import z Korei). Za 10 dolarów można tam bez ograniczeń korzystać z bufetu, czyli wyboru kilkunastu dań, sosów, chlebków i innych dodatków, których naklada się tyle, ile tylko jest się w stanie zjeść. Jak się okazuje, nawet mimo tradycyjnego polskiego nastawienia do wszelkiego „all inclusive” (czyli jak wszystko, to wszystko, a nawet więcej) wcale nie da się zjeść za dużo. Jedzenie jest przepyszne, ale dość ostre i potwornie sycące. Dość ostre znaczy pewnie nieco zbyt pikantne dla mnie (do tej pory czuję na języku szczypanie orientalnych przypraw), a pewnie tak łagodne, że aż niezjadliwe dla Hindusa. Pod pewnymi względami wpasowałam się jednak w polską tradycję, bo choć po odrobince, to spróbowałam niemal wszystkiego: smażonego kurczaka, kurczaka w sosie, takim jak u Dawida, czyli jasnoczerwonym i dobrym, smażonych w głębokim tłuszczu pierożków z ziemniakiem, mielonej jagnięciny z groszkiem, brei z bakłażana, cukinii z czymś czerwonym i bardzo ostrym, szpinaku z czymś brązowym i jeszcze ostrzejszym, chlebków z ziemniakami i chlebków suchych. Przy tym wypiłam ze dwa litry zimnej wody, która całe szczęście tez nie podlega limitom. Z łakomstwa, a może bardziej z ciekawości wzięłam też jakiś taki ryż dmuchany zmieszany jakby z surowym makaronem z zupki chińskiej i kawałkami chipsów tortilla, wszystko obsypane solą, curry i czymś słodkim. Jeśli ktoś wie, do czego to służy lub jak się to je, proszę o informację, bo ja próbowałam samo widelcem i nie dałam rady. A na deser zjadłam budyń ryżowy (tak słodki, jak reszta była ostra) i ichnie ciastko, które smakowało i wyglądało jak mały pączek, który wpadł komuś do ciepłego roztworu miodu i namókł. Ale dobry. Ogólnie wszystko smaczne, tylko ciężkie i ostre, ale to już chyba pisałam.