Dziennik Stanowy:
5–7.09.2009 — Trzy dni na wydmaniu

W poniedziałek 7 września wypada święto pracy i wszyscy, no może prawie wszyscy Amerykanie wyjeżdżają za miasto. Pustoszeją osiedla, wewnętrzne drogi i supermarkety. Wszyscy wytaczają z czeluści swych garaży campery i przyczepy kempingowe. Wygrzebują z zakurzonych strychów wykopują namioty, dmuchane kajaki, rozkładane stoliki, leżaki, kuchenki turystyczne, a nawet rowery. Wypychają tym sprzętem pickupy, co się nie zmieści, przyczepiają z tyłu i jadą na kemping, po drodze śpiewając rodzinne wesołe piosenki. Wszystko trzeba zaplanować z dużym wyprzedzeniem, bo miejsca rezerwuje się nawet rok wcześniej. Zero spontaniczności. Nam całe szczęście (w maju) weekend ten zaplanował profesor, a właściwie jego szwagier, który mieszka w Chicago i który wraz z całą rodziną pojechał tam w tym samym czasie.

Tam, czyli do parku stanowego Warren Dunes nad jeziorem Michigan. Park ma powierzchnię niecałych ośmiu kilometrów kwadratowych, ale co roku odwiedza go milion turystów. Kemping oczywiście podzielony jest na spore parcele. Dobrze, że nasz namiocik miał towarzystwo dwóch namiotów i dwóch samochodów profesora, bo inaczej zgubiłby się na tym terenie. Na każdej parceli jest prąd i miejsce na ognisko, przypuszczalnie najbrzydsze, jakie widziałam w życiu. Jest to kawałek ogromnej rury z blachy falistej, utwardzonej grubą warstwą betonu. Drewno kupuje się w lokalnym sklepiku po 3,5 dolara za paczuszkę. Plaża leży jakiś kilometr od namiotów, ale dojeżdża się na nią samochodem, bo nikomu tutaj chyba nawet nie przyszedłby do głowy pomysł chodzenia na nią przez wydmę. Nam przyszedł.

Warren Dunes Wazka
Ptaszek Warren Dunes Ptaszek

Wydmy są fantastyczne i naprawdę ogromne, najwyższa ma 73 metry. Po niezarośniętych kawałkach można chodzić boso. Po wdrapaniu się na górę (stylem raczej rozpaczliwym, bo piasek strasznie się zapada) praktykowane są różnorakie techniki zejścia: zbieg wielkimi susami, żabie zeskoki, fikołkowanie, turlanie, a nawet zjazd na snowboardzie. Jak widać na zdjęciach, praktykowaliśmy kilka z nich. A piasek z głowy i uszu wygrzebujemy do dziś.

Warren Dunes Warren Dunes
Warren Dunes
Warren Dunes

Plaża jest jak nad morzem — złoty piasek, fale, mnóstwo ręczników, parasoli, ludzi, mew, psów, kup drugich i trzecich, piłek, motorówek, gryzących much, wody, słońca i stopni Celsjusza (tu raczej Fahrenheita i w dodatku ze dwa razy więcej). Są tylko dwie różnice: woda nie jest słona (ale i tak raczej ohydna w smaku) i nie wolno pić alkoholu. Nie wiem, czy z okazji święta pracy, czy też tak jest zawsze, ale na terenie całego parku, z kempingiem włącznie obowiązywała absolutna prohibicja. I tak jak za czasów Al Capone wszyscy pili, tylko ukrywając butelki w papierowych torbach. Z innych przepisów obowiązywał jeszcze zakaz wstępu dla zwierząt na plażę, z którego nic nie robiły sobie ani mewy, ani właściciele psów, oraz nakaz obyczajnego ubrania (dwulatki w dwuczęściowych strojach kąpielowych, panowie w spodenkach do kolan, amisze w długoch spodniach czy sukniach i absolutnie żadnego toples).

Warren Dunes Warren Dunes

Sałatka Ponieważ my do stworzeń plażowych (znaczy stworzonych do plażowania) nie należymy, dość szybko zaczęło nas nosić. Obeszliśmy wszystkie ścieżki w parku (nie było ich za dużo na tych kilku kilometrach) i głodni przygód i obiadu udaliśmy się na pieszą wycieczkę do najbliższego miasteczka. Autostradą, bo innej drogi nie było. W miasteczku był chodnik, a ponieważ to niebywała atrakcja turystyczna, w specjalnej skrzynce leżały darmowe mapki jedynej niemal kilometrowej trasy pieszej główną ulicą i z powrotem. Mapki ktoś ręcznie pokolorował flamastrami. Wyglądało to na robotę jakiegoś koła gospodyń, które regularnie spotyka się na werandzie domu jednej z członkiń lub w przykościelnej świetlicy. Ewentualnie na pracę domową uczniów podstawówki w ramach zajęć „gmina — moja mała ojczyzna”. Mapka się nam nie przydała, bo drogę do miejscowego zatłoczonego przydrożnego baru znaleźliśmy bez problemu. Lali tan przepyszną domową mrożoną herbatę (piwa nie było) i karmili grubasów obecnych i przyszłych (czyli nas) amerykańskim żarciem. Mateusz ostatecznie zchamił się burgerem z frytkami. A tuż przed swym upadkiem namówił mnie na dużą sałatkę. Całe szczęście potem pomógł mi się zza niej odkopać. Lunch zakończyłam przepysznym, bo przetłustym lodem za pięć dolarów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Amerykanie wyróżniają lody i mrożony jogurt, który ma mniej tłuszczu, bo robi się go z mleka zamiast ze śmietany. Dlatego w Stanach są lodziarnie i zamrożonojogurciarnie. Myśmy byli w tej pierwszej. Jak grzeszyć, to porządnie. I wystarcza dwie gałki, takie ogromne!

W drodze napotkaliśmy też winiarnie. Okazuje się, że w regionie jest ich całkiem sporo. W małym sklepie przy drodze można było skosztować i kupić kilkanaście rodzajów win. Obsługa nosiła rękawiczki i zachowywała się bardzo profesjonalnie. Spróbowaliśmy, a potem kupiliśmy najtańsze czerwone wytrawne (za jakieś 9 dolarów), dość gorzkie, ale sympatyczne i półwytrawne różowe, z mocnymi aromatami, bardzo ciekawe, ale za 15 dolarów.