Dziennik Stanowy:
4.09.2009 — O molu i cykadzie

Wielu Polaków wyjazd do Ameryki wciąż postrzega jako wielką okazję do zakupową. Nie żebyśmy jakoś szczególnie chcieli przyłączać się do tego nurtu, ale potrzebowaliśmy namiotu na wyjazd, marzyliśmy o dobrym tanim aparacie, a ja o dżinsach i ładnych albumach na zdjęcia. Dlatego wybraliśmy się do Tippecanoe Mall, tutejszego kompleksu handlowego na przedmieściach. Wiem, że West Lafayette jest mniejsze od Wrocławia, ale do Bielan to się miało jak maluch do pickupa. Zachęcona entuzjastycznymi okrzykami w trakcie zakupów w „Domu nie do poznania”, najpierw pobiegłam do Searsa. Albumów na zdjęcia nie mieli wcale, świeczki potwornie drogie, dekoracje domowe nieliczne i raczej w stylu angielskim, ubrania bezgustne, a dżinsy choć tanie, to w strasznym bałaganie i tylko wybranych rozmiarach. Namiot wreszcie znaleźliśmy w jakimś sklepie sportowym, między bronią, a składanymi domkami na drzewo do obserwacji zwierzyny. Kosztował mniej więcej tyle, co w Polsce, choć były też tańsze. Te jednak przystosowano jedynie do pięknej amerykańskiej pogody i amerykańskiego sposobu podróżowania — tropik miały częściowy lub nawet w stanie zaniku, a ważyły sporo. Poza tym amerykańskie ciuchy — jak na razie — są niezachwycające, buty — nudne i krojów raczej emeryckich lub po prostu adidasy, a albumów - brak absolutny. Są tylko elektroniczne ramki, a ja chyba jestem staroświecka.

Ale największego szoku kulturowego dostarcza obsługa sklepów. Ekspedienci wszystkich stoisk musieli być chyba na tym samym szkoleniu. Na wejściu pytają, jak się czujesz (ale tak to akurat robią wszyscy Amerykanie), potem nie czekając na odpowiedź, uśmiechają się, pytają, czy w czymś pomóc i też chyba niezależnie od odpowiedzi, zapewniają, że w razie wątpliwości służą pomocą. Niestety często zdarza się, że jakaś ekspedientka nie zauważy, że jej koleżanka już pojechała tą formułką i w jednym sklepie można być wielokrotnie tak samo przywitanym, nawet wychodząc. Ja takiej asysty w zakupach nie znoszę i mam ochotę natychmiast wyjść. Dlatego w czasie całych zakupów wzbogaciliśmy się jedynie o namiot i uprzedzenia do amerykańskich centrów handlowych.

Inną przeszkodę w zakupach stanowi dojazd. Ale czy wycieczka na Bielany na rowerze jest choć trochę wygodniejsza od naszej wyprawy poboczem drogi stanowej na drugi koniec miasta?

cykada A w drodze powrotnej widzieliśmy cykadę. Wielkie toto, jakieś pięć centymetrów. Z przodu mucha, z tyłu konik polny. Jak się później dowiedzieliśmy, niektóre z nich mają 13 lub 17-letni cykl życia i tak np. Chicago przeżywa co 17 lat lato cykadowych koncertów, aż do pierwszej zimnej nocy, ostatnio w 2007 roku. Podobno cykad jest tak dużo, że kiedy tuż przed wykluciem żyjące w ziemi larwy więcej jedzą, drzewa mają istotnie mniejsza przyrosty roczne. Podejrzewa się, że gatunek ten wybrał liczby 13 i 17 jako w miarę duże liczby pierwsze, by jakieś drapieżniki nie uwspólniły w nim okresów życia i nie wyjadły całej populacji. To na tyle matematyki codziennej.