Dziennik Stanowy:
2.09.2009 — Stek bzdur

Mateuszowe urodziny (nie będę publicznie wspominać, które) postanowiliśmy uczcić stekiem, prawdziwym, wołowym, amerykańskim, wielkim stekiem. Około godziny 17 rozpoczęliśmy poszukiwania odpowiedniej restauracji w miasteczku studenckim. Knajp jest tam pewnie kilkanaście: trzy meksykańskie, dwie chińskie, dwa bary sushi, tajska, włoska, pizzeria (chyba raczej nie włoska), trzy kawiarnie, kilka pubów i jedna irańsko-marokańsko-itp., w której byliśmy raz na lunchu. Można tam zjeść tadżin, keftę, kuskus, falafela, humus (pyszny) i sałatkę prawie-marokańską (pomidory i ogórki z pietruszką zamiast kolendry, bez papryki, cebuli i raczej grubo pokrojone). Poza tym większość tych lokali to raczej fast-foody, a gabaryty siedzących w środku klientów nie świadczą o zdrowym składzie potraw. Kierowana całkiem już sprecyzowanymi wyobrażeniami idealnej kolacji, zamarudziłam na meksykańskiego steka (jako nadzienie tortilli) oraz jedyną amerykańska restaurację w okolicy (ponurą, a do tego może w ogóle zamkniętą, bo zupełnie pustą). Postanowiliśmy naszą kolację wyguglać. Wróciliśmy do Mateusza biura i w internecie znaleźliśmy dwa źródła steków w West Lafayette. Można było nawet przeczytać menu i recenzje obu knajp. Od jednej chwilowo odrzuciło nas kilka negatywnych opinii o obsłudze, a przede wszystkim dość wysokie ceny. Druga prezentowała się zachęcające i w ten sposób znów trafiliśmy pod Wal-Mart.

Applebee's Neighborhood Grill to typowa amerykańska restauracja (typowa — znaczy taka, jaką widziałam w amerykańskich filmach). Pełna ludzi, sportowych trofeów oraz telewizorów, na których wyświetlany jest na zmianę football, baseball, golf i tenis. Obsługa (chyba kilkanaście osób, najwyraźniej Ameryka walczy z bezrobociem w kryzysie) ubrana jest głównie na czarno, ale tu kończy się ich elegancja, bo czarne mogą być też dresy, sportowe krótkie spodenki i koszulki polo, a poza tym świetnie pasują do nich białe skarpetki i adidasy. Czy możecie sobie wyobrazić kelnera w krótkich spodenkach w Europie?

Chcieliśmy zacząć od piwa. Nasza wiedza o amerykańskich piwach była żadna, a nie chcieliśmy wylądować z ciemnym piwem czy piwopodobnym napojem jabłkowym. Poproszony o radę przemiły kelner powiedział, że nie ma 21 lat i nie wie nic o piwach. Rozumiem, że chcą ściśle przestrzegać prawa, ale nawet jak nie możesz pić, możesz zacząć edukację teoretyczną. Całe szczęście Pan obiecał podpytać kolegów, a piwo i tak przyniosła nam inna kelnerka. Pewnie on był za młody nawet na noszenie kufli, jeszcze mógłby podpić. Kierowana ostrzeżeniami znajomych światowych bywalców, zamówiłam najmniejszego steka (7 uncji, czyli jakieś 200 gramów mięcha) z kołderką z krewetek i parmezanu. Ziemniaki pieczone i warzywa były w zestawie. Mateusz wybrał 10-uncjowego steka z czosnkiem, grzybami i piure ziemniaczanym. Poprosiliśmy o wersję „well done”, czyli wypieczoną. Zastanawiałam się, czemu niewypieczony stek nie nazywa się „bloody”, ale zaraz uzmysłowiłam sobie, że w polskim języku też istnieje drobna różnica między „krwisty” a „krwawy”. Nikt przecież nie ogląda krwistych horrorów. I oby nasze historie z amerykańskich restauracji pozostały najwyżej „krwiste”, a nie krwawe.

Piwo było zimne. I to chyba tyle dobrego o nim. Smakowało jak wygazowane piwo z gazowaną woda mineralną. Ale gasiło pragnienie i trudno było się nim upić. Żeby nie było łatwo, dostaliśmy gratis przystawkę, która dla mnie starczyłaby za obiad — panierowane kawałki kurczaka w słodkawym sosie i seler naciowy z pysznym dipem. Mój mini stek był naprawdę ogromny, obok leżał tylko jeden (na oko 300-gramowy) przekryty śmietaną ziemniaczek i gałka (taka jak lodów) masła czosnkowego. Mięso smakowało naprawdę wybornie, świetnie pasowało do krewetek, miało chrupiącą przypieczoną skórkę, a w środku było jędrne i wilgotne. Co więcej, Mateusza mięso, też przepyszne, miało zupełnie inną konsystencję i smakowało mniej kwaśno, bardziej męsko — ziołami, whiskey i dymem. Ledwo zmęczyłam swój kawałek (ziemniaczkowi nie dałam rady), a zjawił się kelner, proponując deser. Myślałam, że pęknę i gdybym tylko miała jeszcze siłę, wbiłabym mu w brzuch widelec za tę propozycję. Zapłaciliśmy czterdzieści dolarów (stek uchodzi w Stanach za danie dla bogaczy i od święta) i potoczyliśmy się do domu.

Tam czekało na nas urodzinowe „prawie-tiramisu”. Niestety nie udało nam się dostać ani podługowatych :) biszkoptów, ani mascarpone. W zamian znaleźliśmy miodowe herbatniki i ricottę, a do tego marsalę za 5 dolarów. Chcieliśmy kupić same żółtka, ale niestety osobno sprzedają tylko białka. Widać popyt nie zawsze idzie w parze z podażą.

Szuwary
Bączek Kaczka
Czaple Czaple