Dziennik Stanowy:
1.09.2009 — Być w ΔΩΘ

Dziś będzie trochę o amerykańskim życiu studenckim. Niestety bardziej z chłodnej obserwacji niż doświadczenia. Kampus Uniwersytetu Purdue jest ogromniasty, ale całe szczęście w punkcie informacyjnym można za darmo dostać mapkę z indeksem budynków, które na planie oznaczone są czteroliterowymi skrótami. Jest uniwersytecka policja, budynek dla organizacji muzycznych, mnóstwo budynków imienia kogoś, pola golfowe, boiska do wszystkich dziwnych amerykańskich gier zespołowych i ośmiopiętrowy instytut matematyki. Ale przede wszystkim jest mnóstwo budynków stowarzyszeń studenckich. Niech o ich liczbie świadczy fakt, że nazwy to kombinacje trzech liter greckich (dwuliterowe widocznie musiały by się powtarzać). W niedzielę chyba był dzień przyjęć, bo na trawnikach przy tablicach delta gama delta, gama delta alfa, psi epsilon ro i tym podobnych stały ogromne kolejki dziewcząt lub chłopców (nie wiem, jak rozróżnić stowarzyszenia żeńskie i męskie, może pierwsza litera ma być samogłoską lub spółgłoską?). Zestresowanymi tłumkami zarządzały ubrane w czerwone koszulki starszaki. Trzymały teczki z instrukcjami, niczym insygnia władzy, i najwyraźniej wyjaśniały, na czym polegać będzie procedura inicjacyjna. Aronson opisał w swojej książce doświadczenie psychologiczne, w którym sprawdzano, jak bardzo trudny i bolesny (psychicznie bądź fizycznie) proces przyjęcia do organizacji wpływa na nasze jej postrzeganie. Otóż bardzo. Im bardziej się nacierpimy, by zostać członkiem, tym bardziej się z tej roli cieszymy. Widać panienki w czerwonych T-shirtach nie spały na wykładach z psychologii.

Siding i klinkier
Kolejny domek z sidingiem

Przeciętny amerykański student jest szczuplejszy niż przeciętny amerykański obywatel, nosi szarą bluzę w kapturem z nazwą uniwersytetu, dresy lub krótkie spodenki i klapki, ewentualnie adidasy. Na zajęcia (z oddalonego o pół mili akademika) dojeżdża samochodem lub czasem rowerem. Z prawdopodobieństwem 1/3 ma skośne oczy, a raz na dwieście przypadków jest amerykańskim żołnierzem w beżowym mundurze khaki takim, żeby nie widać go na irackiej pustyni, ale świetnie widać na kampusie. Siedzi na trawie, pije colę, ale ma plecak lub kilka zeszytów luzem. Jeśli porusza się między budynkami, to w dwudziestoosobowej grupie i zawsze przechodzi na czerwonym świetle (na zielonym nie może, bo w Stanach chodzący ludek jest biały i pojawia się bardzo rzadko). Je na wielkiej akademickiej stołówce. Czasem biega (w sensie joggingu a nie spieszenia się) bez podkoszulka, opalony i naprężony po kampusie, i wtedy jest nawet fajny.