Dziennik Stanowy:
29.08.2009 — duże rzeczy w dużym kraju

Nasz dom Dzień rozpoczęliśmy od zapoznania naszych gospodarzy. On jest bardzo sympatyczny i jeszcze bardziej chudy, ale mimo to mocno amerykański. Ona jest Meksykanką i z pięcioletnią córką rozmawia po hiszpańsku. Mają wielki samochód, ale chyba przed nami wstydzą się tego, ile pali, wielką pralkę i suszarkę, z których możemy korzystać i wielki posprzątany przez sprzątaczkę dom z salonem pełnym świętych obrazów i wielką biblią na kominku. Jeden z obrazów to dobrze nam znane „Jezu, ufam Tobie”, tym razem z Chrystusem idącym po ułożonym z otoczaków chodniku. (Tym, którzy nie rozumieją tej uwagi, polecam zwrócić w przyszłości uwagę, na jakże różnorodnych podłożach umieszczany jest przez artystów ten wizerunek Chrystusa, z posadzką w karo na czele.) Nasi gospodarze, zadziwieni, a może nawet przerażeni wizją naszego pobytu w Stanach bez samochodu, najpierw obdzwonili dla nas okoliczne wypożyczalnie rowerów, w których jednak nie było żadnych rowerów, a potem zawieźli nas do Wal-Martu, abyśmy mogli odpowiedni środek lokomocji zakupić.

Mateusz na rowerze W Wal-Marcie, najtańszym amerykańskim supermarkecie, Europejczyk czuje się jak Alicja w Krainie Czarów. Wszystko jest tu kilkukrotnie większe od tego, do czego przywykł. Sklep ma powierzchnię kilku Tesco, klienci są więksi, fasolę sprzedaje się w pięciokilogramowych puszkach, lody w czterolitrowych wiadrach, a musztardę w słojach jak na ogórki. Ale rowery są w miarę normalne. Wybraliśmy najtańsze, ale przy okazji chyba także najładniejsze. Ja zaszalałam po amerykańsku i wybrałam taki z różowymi błotnikami. Nabyliśmy też koszyk do roweru, kalifornijskie wino po 3 dolary, kilka noży, galon mleka, banany z promocji, krewetki (już przyprawione, ale i tak je jeszcze doprawiliśmy), a potem także zestaw kluczy i śrubokrętów do zamontowania koszyka. Problemy pojawiły się przy płaceniu, bo terminal do akceptacji płatności wcale nie potrzebował wpisania pinu, lecz mojego podpisu magicznym pisakiem na dotykowym ekranie, który to podpis potem wydrukował się nawet na paragonie. Przez cały czas bacznie obserwowali nas tubylcy, bo na te zakupy to my wybraliśmy się zupełnie nie po amerykańsku: rowerami, a nie pick-upem i przede wszystkim nie w dresach i klapkach, ewentualnie w adidasach, a w dodatku jacyś tacy wyprani i uczesani.

Mateusz na rowerze Jezioro

Osiedle W dość okrężnej i wijącej się drodze powrotnej widzieliśmy czaple, jeziorka, uniwersytet, mnóstwo pól kukurydzy, a nawet prawdziwą ścieżkę dla rowerów i na niej kilka rowerów. Zaciekawieni krajobrazami po obiedzie wybraliśmy na rowerową wycieczką po okolicy. Pojechaliśmy dość daleko, ale wszędzie świat wygląda tak samo. Tu naprawdę jest jak w amerykańskim filmie o przedmieściach: ogromne domy na ogromnych trawnikach z ogromnymi flagami. Wszystkie pokryte klinkierem i szarym lub białym sidingiem (aby zobaczyć typowy amerykański dom, należy w google wpisać „siding”). I naprawdę nigdzie nie ma płotów, przez co bardzo łatwo zapuścić się nieproszonym na czyjąś posesję. Do osiedli prowadzą ślepe drogi i każde zaczyna się od kamiennej ozdobnej tablicy z nazwą. Wszyscy się z nami witają, choć przecież niemożliwe, byśmy w ciągu dwóch dni pobytu już zapoznali wszystkich mieszkańców, i chyba trochę dziwią, po kiego diabła dwoje ludzi jeździ rowerami po ulicach ich miasteczka i robi zdjęcia, jakby byli jakimiś turystami.