Dziennik Stanowy:
28.08.2009 — amerykański brak snu

Dolecieliśmy na czas, na amerykański czas, czyli siedem godzin przed zwykłym czasem. Umundurowana pani Velazquez zrobiła nam przepytkę na wyrywki z naszego życia i wpuściła do kraju, gdzie podobno spełniają się marzenia. Ale miało upłynąć jeszcze sporo czasu, zanim zaznamy amerykańskiego snu.

I po pociągu

Ogromne lotnisko w Chicago składa się z kilometrów pustych, właściwie nieoznakowanych korytarzy. Bardzo długo czekaliśmy na bagaże, a potem jakieś pół godziny błądziliśmy w poszukiwaniu stacji metra. Automat biletowy nie wydawał reszty, więc kolejne cenne minuty straciliśmy na zdobywanie ćwierćdolarówek. Kolejka do centrum miasta jechała kilka minut dłużej, niż przewidywaliśmy i kiedy wbiegliśmy na dworzec, mieliśmy już tylko pięć minut do odjazdu pociągu. Do kas stały ogromne kolejki, a automat do sprzedaży biletów odrzucił naszą kartę debetową. Całe szczęście potem przyjął ją jako kredytową, sprzedał nam bilety po 29 dolarów sztuka i pytając wszystkich po kolei o drogę, pobiegliśmy na peron. Tam obsługa powiedziała nam, że pociąg właśnie odjechał, ostatni (a chyba wręcz jedyny) pociąg do Lafayette tego dnia. Przemiła Murzynka z akcentem jak z filmów o wojnie secesyjnej oddała nam pieniądze za bilet.

Dobry glina

Wyszliśmy na jedną z wielu niemal identycznych ulic Chicago, pełną wysokościowców, taksówek i spieszących się ludzi. Pomyśleliśmy, że może warto zostać w wielkim mieście na weekend. Wyciągnęliśmy laptopa, ale niestety nie udało nam się połączyć z żadną z 28 widocznych sieci. W przewodniku po Chicago słowem nie wspominali o noclegach, pewnie wychodząc z założenia, że noce spędza się tu w barach z muzyką na żywo i w teatrach muzycznych. Musieliśmy wyglądać na mocno zdezorientowanych, bo podszedł do nas dobry czarny glina, jak z amerykańskiego filmu o aferze narkotykowej. Bardzo chciał nam pomóc, ale wiedział jedynie, że prawdopodobnie jakiś hostel jest na północy miasta. Nam nie wystarczał ani prawdopodbnie hostel, ani tak ogólnikowe określenie jego położenia. Znaleźliśmy w pzewodniku adres informacji turystycznej, do której dotarliśmy o 18:50 i gdzie kolejny umundurowany Murzyn poinformował nas, że od 19, czyli już, nieczynne.

Chicago Chicago Chicago Chicago

Amerykańska wycieczka

Pojechaliśmy z powrotem na lotnisko, gdzie spodziewaliśmy się jeszcze jednego autobusu, zwanego „limo”. Zły policjant na dźwięk tej nazwy chciał nas wysłać 150 km limuzyną i chyba nie miał zamiaru za to zapłacić. Po czwartym przejechaniu windą i schodami ruchomymi na zmianę w górę i w dół trafiliśmy do pani, która ogłaszała z głośników przyjazdy i odjazdy autobusów. Nic nie wiedziała o kursach do Lafayette, ale znalazła ulotkę z telefonem. Pan, który odebrał, obiecał po nas przyjechać pod warunkiem, że nie będziemy się ruszać z miejsca. Wielki kierowca (Mark), który za przejazd jednej osoby brał 65 dolarów, przez całą drogę pracował na napiwek. Przedstawił się, poinformował, gdzie nas zawiezie, że będzie jakiś objazd, nawet chciał nam puścić jakiś film, jakby był pilotem wycieczki po Grecji. Gdyby ktoś nie zrozumiał, co nim kierowało, na przodzie autobusu widniał wielki napis, że napiwki mile widziane, podobnie na ulotce.

Ciasne ale własne

Około pierwszej w nocy (czyli siódmej rano polskiego czasu, bo już zdążyliśmy ponownie zmienić strefę czasową) dotarliśmy do naszej kawalerki w suterenie, która proporcjonalnie do amerykańskich domu jednorodzinnego, którego jest częścią, ma jakieś 150 metrów kwadratowych. Po pustym przedpokoju można jeździć na rowerze, a w salonie z kuchnią tańczyć walca. Pod prysznicem spokojnie zmieści się przeciętny Amerykanin albo zamiennie trzech Europejczyków i żyrafa. Jedyne okno znajduje się w sypialni i roztacza się z niego przepiękny widok na wykopaną w ziemi studnię świetlną. Na wyposażeniu mamy ekspres do kawy i żelazko Black&Decker oraz mikrofalówkę General Electric. Tylko nie ma zmywarki ani młynka do odpadków, a lodówka jak na tutejsze standardy ma rozmiar kieszonkowy i chyba musiała być importowana z Japonii. Poza naszą kawalerką na piwnicznym poziomie znajduje się jeszcze pomieszczenie gospodarcze z piecem i pokój zabaw dla córki gospodarzy. Jest to niemal pusty pokój o powierzchni ponad 30 metrów z białymi ścianami. Na betonowej podłodze porozrzucane są nieliczne zabawki, z których każda wydaje się być laleczką Chucky, a na środku stoi fotel dla opiekunki, która w nocy zmienia się w wilkołaka. Mimo że w opętanym pokoju przez całą noc włączone jest światło, dobiegają z niego głosy zbłąkanych dusz, a po skrzypiącym suficie biegają przerażone dzieci. Poza tym kilka z gipsowych ścian ma zamontowane zawiasy i można je otworzyć, ale na razie baliśmy się tam zaglądać. Kiedy pisałam te słowa, na podłogę spadła niczym nie doknięta pokrywka od warzyw z dipem. Tak niewinnie zaczyna się większość amerykańskich horrorów...