Dzienniki Pisano:
4 niezłe d w C3 na drodze SP36 do #E97451

Wieża — no cóż, prostsza nie będzie.

Citroën może być w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor szary

Wypożyczyłyśmy samochód; my, czyli Team Poland. Odebrać go trzeba na lotnisku, więc z samego rana jedziemy taksówką na lotnisko. Ale tam nie ma żadnego biura, tylko przed wejściem taka wiata przystankowa i na niej napis Shuttle bus, rent a car. Czyli że w autobusie mają biuro? Tacy mobilni! Wsiadamy do autobusu, a ten całe szczęście zawozi nas do biura. Na miejscu okazuje się, że zamówiłyśmy samochód ostatni dzień przed podwyżką, albo to tylko taki chwyt marketingowy. Mimo wszystko jesteśmy z siebie niesłychanie dumne. Pan każe wybierac markę, ale nic nie mówi o kolorach. Na parkingu okazuje się, że wszystkie są szare. Nasz też, ale jak się zamyka pilotem drzwi, to mu się same lusterka chowają. Na każdym postoju, zbliżając się do samochodu, bawimy się więc pilotem, bo nam wtedy samochód z radości uszkami macha. Niestety jak jedzie pod górę, to też jak słonik, powoli i majestatycznie.

Zieleńszy odcień zieleni

Jedziemy na południe. W drodze do Sieny planujemy odwiedzić San Gimignano, Colle di Val d'Elsa i Monteriggioni. Hołowczyc w dżipiesie ma jednak dla nas inny plan. Aksamitnym głosem nakazuje nam wąską i stromą uliczką wjechać do Montefoscoli. Skoro już tu zajechałyśmy, parkujemy na ulicy della Scarpetta i zachwycamy się widokami. Między rozwieszonymi od jednego starego domu do drugiego suszącymi się prześcieradłami prześwitują wzgórza Toskanii. Później przekonamy się, że w niedzielę pierze cała Italia. Choć winnice to o tej porze roku tylko rzędy uschniętych patyków, wszędzie jest zielono i jakoś nie mogę sobie wyobrazić, jak to wszystko wygląda, kiedy kolory są jeszcze bardziej soczyste.

Błotnisty

Zbliżamy się do San Gimignano, położonego na wzgórzu średniowiecznego miasteczka, z którego sterczy kilkanaście wież. Z daleka wygląda fantastycznie, o czym jednak mówimy kierowcy za zakrętem. Trzeba koniecznie jak najszybciej zawrócić, żeby zrobić kilka zdjęć. Do tego wniosku dochodzimy jednak za trzema kolejnymi zakrętami. Na wąskiej drodze nie ma zbyt wielu miejsc na manewry, ale niespodziewanie nadarza się fantastyczna okazja. Po lewej stronie drogi równolegle do niej biegnie polna droga przez winnicę (więc chyba jednak nie polna, a raczej winna?). Wjeżdżamy w nią i natychmiast okazuje się błotna, i co gorsza wyjazd powrotny na ulicę zasypany jest kilkumetrowym stosem ścietych krzewów winnych. Chcemy wycofać, ale zakopujemy się w błocie. Nie mamy wyboru, wysiadamy i przerzucamy stos gałęzi o dwa metry w prawo. Drogę zatem na pewno należy nazwać winną: kilkuminutowego postoju i totalnego obłocenia naszych spodni oraz butów. We wszystkich kolejnych knajpach wizytę rozpoczynamy od klkuminutowego posiedzenia w łazience, zabłocenia zlewu i zużycia wszystkich dostępnych ręczników. Kiedy po zrobieniu zdjęć wracamy na trasę, za kolejnym zakrętem od błotnego grzęzawiska ukazuje nam się stokrotnie lepszy widok na San Gimignano, z małą zatoczką do parkowania po odpowiedniej stronie drogi. W matematyce taki problem nazywa się możliwością lub raczej niemożlwością określenia włąściwego momentu zatrzymania.

Żółty ser i gaciowy róż

Santa Croche

San Gimignano wita nas rozwieszonymi na murach plakatami o dniu patrona miasta. Świętowanie polega przede wszystkim na zastawieniu wszystkich placyków straganami tak, że trudno zrobić jakieś zdjęcie bez stosów produktów spożywczych na pierwszym planie. Kupujemy zeschnięty kozi ser, przesłodki ze starości parmezan, oliwki bez przypraw, które smakują jak oliwa w postaci stałej, peperoncino w zalewie, mieszankę suszonych owoców i kandyzowane mandarynki w całości, tak na skosztowanie. Poza tym na odpuście można tez kupić żywe kanarki i chomiki, kiełbasę (tak starą, że też prawie żywą), skarpetki, sztuczne kwiaty i inne dewocjonalia. Szukamy katedry. Dopiero z pomocą mapy lokalizujemy ją na placu, przez który przechodziłyśmy już trzy razy. Jest zupełnie zasłonięta przez wietnamski stragan z bielizną. Robimy zdjęcie fasady prześwitującej między sznurami majtek. A ten kościół ma jakieś inne wyzwanie niż Santa Croce. To ja już wolę, jak na polskich odpustach wieszają girlandy z kolorowych chorągiewek.

Dlaczego mandarynki są pomarańczowe, a nie odwrotnie?

dewocjonalia

Wracamy po kolejne 60 dkg kandyzowanych mandarynek, bo tamte już żeśmy skosztowały. Ale na żadną wieżę nie udaje nam się wejść. Pewnie są zbyt proste, by mogły interesować turystów.

Parvi interest, quo sit colore, dummodo sapor placeat (czyli obojętne, jaki kolor, byleby smakowało)

O Colle di Val d'Elsa przewodnik pisze, że stara część sklada się z jednej ulicy. Robimy się głodne, a dzięki tej informacji wiemy dokładnie, na której ulicy szukać restauracji. Pierwsza napotkana nie wydaje się doskonała, wiec szukamy dalej. Na końcu ulicy znajdujemy jeszcze jedną, z obiadami od 40 euro, oraz koniec miasta. Bocznych ulic rzeczywiście nie ma. Całe szczęście musimy wracać tę sama drogą, więc na pewno będziemy przechodzić koło pierszej knajpy. Niestety, wtedy juz wszystkie stoliki są zajęte. Wsiadamy do naszej machającej uszami cytrynki i postanawiamy zatrzymać się w pierwszej napotkanej pizzerii. Obłacamy łazienkę, zużywamy ręczniki i zamawiamy dwie pizze, rybę i kotleta. Ludzie przy stoliku obok jedzą makaron ze świeżymi mulami. W czasie jedzenia pizzy z owocami morza (a właściwie już po jej powąchaniu) przekonuję się, że jednak miałam coś do stracenia. Teraz pizza nie będzie mi smakowała już nigdzie poza tą restaurację. Dwa rodzaje małży, ośmiornice, krewetki, mozarella oraz czosnek nawet nie potrzebowałyby tego pysznego toskańskiego białego wina. Pauliny ryba jest tak ogromna, że podają ją w patelni, bo nie zmieściła się pewnie na żaden talerz. Może więc uda mi się namówić dziewczyny, żeby wynajmować samochód codziennie i przyjeżdżać tu na obiad?

Czytamy w przewodniku, że Montereggioni też jest małe i że przejście z jednego końca na drugi zajmuje pięć minut. Nie wiem, jak niewygodne buty miał autor przewodnika, bo w pięć minut możnaby obejść całe mury w kółko kilka razy. Miasto ma 172 metry srednicy (słownie: sto siedemdziesiąt dwa) i niewątpliwie jest najmniejszym miastem, jakie kiedykolwiek zwiedzałam. Jest tak mikroskopijne, że nie zauważył go upływający czas, więc w środku panuje średniowiecze. Na środeczku placusia stoi studzieneczka, w kilkumetrusiowej uliczce za drzwiczkami ekspediencik sprzedaje pamiąteczki. Robimy kilka zdjęć w trybie [trybiku? — przyp. kor.] makro, ale mamy wątpliwości, czy będzie coś na nich widać.

A jaki kolor może mieć fiat siena?

Siena jest większa niż wszystkie inne zwiedzane przez nas miejscowości razem wzięte, no i oczywiście ma kolor... Kto zgadnie? Tak! Sieny! Czyli heksadecymalnie #E97451 albo w RGB: 233-116-81 [autorka pisze o sienie palonej; niepalona to #882D17, a surowa — #AB734E; zob. ang. Wikipedię — przyp. kor.]. A mężczyźni nazwaliby go pewnie jasnobrązowym. Plac w środku miasta ma kształt wachlarza, choć każdy nazwałby go półokrągłym. Cały zasypany jest confetti, bo rozrzucanie śmieci to tutaj chyba główna, a może i jedyna oznaka karnawału. Inna sprawa, że confetti to po włosku migdały w glazurze i lepiej nie porponować Włochom rozrzucania ich w tłumie, bo może boleć. Tutaj na te małe okrągłe papierowe kolorowe mówi się coriandoli, czyli kolendra. W renesansie Włosi naprawdę obrzucali się słodyczami i wtedy słowo rozeszło się po świecie. Potem zamienili cukierki na nasiona i im została właśnie ta nazwa. Tak czy inaczej marnotrastwo i bałaganiarstwo to okropne.

W nocy wszystkie miasta i drogi są czarne

Po kawie z widokiem na zaśmiecony plac postanawiamy wdrapać się na wzgórze, by obejrzeć panoramę dachów Sieny. Kiedy docieramy na miejsce, jest już zupełnie ciemno. A gdy ustawiamy aparaty tak, by zrobić klimatyczne zdjęcie miejskiej iluminacji, gaszą światła na wieży. Prosimy więc Hołowczyca, by zaprowadził nas z powrotem do samochodu, ale nie chcąc iść z gps w ręku, wkładamy go do kieszeni. Oburzony wrzeszczy z jej głębi Wypuśćcie mnie, tu mówię ja, Krzysztof Hołowczyc! Wypuszczamy go dopiero w samochodzie. Za setnym zakrętem się rozleniwia i odzywa się tylko, gdy musimy skręcić o więcej niż 180 stopni. Na tej krętej, kiepsko oznakowanej, ciemnej drodze bardziej na miejscu byłby Hołek krzyczący zakręt! po włosku.