Dzienniki Pisano:
Kwiatencja

Grupowe sprostowanie

Wieża jest tak krzywa, że mamy tego dość. Wyjeżdżamy do Florencji, tam podobno postawili jakąś prostą dzwonnicę. Niemal wszyscy uczestnicy warsztatów postanowili poświęcić weekend, by ponownie uwierzyć, że renesans był odrodzeniem Włoch i że wielcy konstruktorzy potrafili tu coś zbudować.

Na dworcu wyglądamy jak szkolna wycieczka, tylko nie jemy chipsów (nawet Tom z Anglii); ale Amerykanka ma papierową torbę ze śniadaniem w McDonalda. Dzięki grupowemu biletowi udaje się nam zaoszczędzić po 50 centów, więc jesteśmy niezwykle zbudowani, jakie nakłady Włosi przeznaczają na promocję turystyki. Po drodze każdy czyta przewodnik w innym języku, ale wszystkie i tak prowadzą w pierwszej kolejności na Piazza del Duomo.

Stoi taka w środku miasta

Katedry dobrze nie widać z żadnej strony, bo Florencja w przeciwieństwie do Pizy zapomniała zostawić wokół wielki trawnik do wypasania turystów. Z jednej strony zasłania ją tłum Japończyków i baptysterium, które składa się głównie z drzwi. Ze wszystkich stron otaczają ją kamienice i stragany z typowymi florenckimi torebkami z Maroka. Chyba najlepiej już widać ją z niej samej.

Sama katedra przypomina pewien typ kobiety. Z zewnątrz wystrojona na bogato kosztem ruiny wielu mieszkańców miasta, z wnętrzem ciemnym i pustym, do tego trochę zbyt duża, nawet na to, by służyć wszystkim. A jak się zapłaci, można na nią wejść. Za wielkie pieniądze była wielokrotnie odnawiana, a z fasady jest młodsza o kilkaset lat niż od tyłu.

Podobno najlepsze lody w całych Włoszech są we Florencji. Już wiemy, że nie chodzi o te sprzedawane pod katedrą.

Obiad zjadamy w restauracji w bocznej uliczce. W przekonaniu, że knajpa jest prawdziwie Włoska, utwierdza nas fakt, że kelner co chwilę podchodzi do stolika i, śpiewając operowym głosem, puszcza nam zalotne spojrzenia i przyjacielsko poklepuje Michala. Jedzenie smakuje wybornie, ale niepotrzebnie rozgryzam zawieruszony wśród rukoli rozmaryn, który miał tylko oddać swój aromat jednocześnie krwistemu i przypieczonemu na ogniu kawałkowi wołowiny.

A obok stoją oni

grupa

Na Piazza della Signoria spotykamy Dawida. Nie przejmuje się pogodą i deszcz seksownie spływa mu po idealnie jędrnych nagich pośladkach. Potem inscenizujemy scenę rodzajową z grupy kogoś. Michal próbuje utrzymać w powietrzu wygiętą Paulinę i jednocześnie zadaje cios parasolem, a na dole Asia błaga o litość. Niestety nikt nie decyduje się na takie poświęcenie, by odegrać postać leżącą na ziemi, ale i tak chyba efekt jest niezły. Wzbudzić zazdrość męża na wyjeździe do Włoch — bezcenne.

Zdobywamy nasienie...

most starego

Za nasiona wielkiej włoskiej bazylii płacimy kartą, mając nadzieję, że rozmiar to kwestia genetyczna, a nie wynik innego poziomu nasłonecznienia. Mijamy wielką kolejkę do galerii Ufizzi i idziemy na most, co się jeszcze jakimś cudem nie zawalił (ci to mają szczęście). [Wieża w Pizie też się jeszcze nie zawaliła — przyp. kor.] Michal nie mówi po włosku, ale próbuje posługiwać się oryginalnymi nazwami. Najpierw z Palazzo Vecchio robi Palazzo di Vecchio i wychodzi mniej więcej Pałac Starego. Później okazuje się, że Stary miał spore włości we Florencji, bo także ten most, co ledwo stoi i jest żywym dowodem na to, że komercja przygniata świat i ten nieuchronnie załamie się wkrótce pod jej ciężarem. Przy Basilica di Santa Croce (czyt. Bazilika di Santa Krocze) przestajemy rozmawiać z Michalem o nazwach zabytków. Na wszelki wypadek i dla zachowania resztek godności jednego z najpiękniejszych włoskich miast.

...i szczyt

Posileni kawą, wdrapujemy się na wzgórze, by z placu Michała Anioła podziwiać panoramę. Znów spotykamy Dawida. Koleś musi zwiedzać Florencję według tego samego przewodnika, co my. Dwie południowe Amerykanki proszą Paulinę o zrobienie im zdjęcia wielkim aparatem. Ona kadruje według ich szczegółowych instrukcji, pstryka i oddaje aparat. Kiedy odchodzi na kilka metrów, oglądają zdjęcie i robią niezadowolone miny. Podbiegają do mnie i proszą o to samo. Podchodzę do wyzwania bardzo ambicjonalnie, robię prawdopodobnie najlepsze w swoim życiu pozowane zdjęcie osób na tle zabytków, ale niestety również ono nie spotyka się z uznaniem. Skrzywione dziewczyny odchodzą w poszukiwaniu kolejnej ofiary.

Fottomontaggio

Inna sprawa, że panorama Florencji wygląda jak kiepski fotomontaż. W środku zdjęcia miasta ktoś wyciął prostokąt i wkleił weń wizerunek typowej toskańskiej katedry, tylko w innej skali. Nie dopasował też kolorów, bo biało-różowa budowla musiała być fotografowana w słoneczny dzień, podczas gdy reszta miasta pochodzi z nieco zżółkłej odbitki i była uwieczniona w deszczowy, pochmurny dzień. Na domiar złego w innym mjescu wklejony jest kolejny kościół, ale dwa razy obok siebie, w tym raz obrócony o 90 stopni, bo zielona kopuła sterczy z boku. Ale o zakwalifikowaniu panoramy do rankingu Photoshop disasters przesądził pewnie głównie ten rząd małych kamieniczek wklejonych, uwaga, w poprzek zamiast wzdłuż rzeki. Co więcej autor kolażu nie pomyślał o żadnej podstawie dla nich, więc wyglądają, jakby wisiały nad wodą. Katastrofa i oszustwo widoczne gołym okiem!

Albercik, wychodzimy!

rower

Spotykamy się ze wszystkimi w winiarni. Rrrodrrrigo zachwyca się brzmieniem zdania "Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie", choć nie do końca nam wierzy, że nasz język istnieje naprawdę. Kiedy kończymy ostatnią butelkę, kelnerka zaczyna ostentacyjnie zbierać nasze kieliszki. Potem ma pretensje, że siedzimy zbyt na środku sali, bo nie może przejść. Kiedy przysuwamy się do stołu, oburza się, że nie może się do niego przedostać między krzesłami. Gdy zabiera Pauliny torbę z zakupami jako rzekomo porzuconą, ktoś z nas domyśla się, że może w ten niezwykle delikatny sposób obsługa chce nam zasugerować, że powinniśmy sobie pójść.

Wychodzimy i idziemy do innej restauracji głównie po to, by przekonać się, że obsługa w tamtej knajpie wcale nie było taka niemiło. Najpierw trafiamy na przyjęcie, na które zaprosiła nas jakaś znajoma z Pizy i dowiadujemy się, że nie jesteśmy zaproszeni (?). Potem, by móc przygotować dla nas stolik, kelnerzy każą nam stać w jednym miejscu, w którym nie możemy stać, bo wtedy nie da się przygotować dla nas stolika. Kiedy siadamy, okazuje się, że nie starcza dla nas miejsc, więc zajmujemy także stolik obok. Wtedy ktoś mówi, że jest zarezerwowany, więc ścieśniamy się, by zmieścić się przy jednym, ale inna osoba poucza nas, że zamiast się tak gnieździć powinniśmy zająć stolik obok, który jest przecież dla nas zarezerwowany. Kiedy przez pół godziny nikt nie przychodzi przyjąć od nas zamówienia, wychodzimy z Pauliną i idziemy na dworzec. Najwytrwalsi podobno wrócili do Pizy nad ranem.

A najdroższe lody są we Florencji koło dworca. Ale to też nie są te najlepsze, choć wydawszy niemal 40 zł, mocno próbowałam sobie to wmówić.