Dzienniki Pisano:
Co się w liczy w Pizie

1

taka wieża

Ta wieża to jest do tego stopnia krzywa, że nawet nie można tak obrócić zdjęcia, żeby wyglądała na prostą. Poza tym, że jest krzywa względnie (względem grawitacji czyli), to także wygina się wewnętrznie, wsobnie. Zaczęła się krzywić jeszcze w czasie budowy, więc próbowali odratować sytuację, robiąc nierównoległe piętra. No to im wyszedł taki bonsai.

2

w cenie jednego

Postanowiłyśmy mówić po włosku, kiedy tylko się da. Mamy sporo szans, bo akurat przypada okres wyprzedażowy. Mamy zamiar załapać się tutaj na wszystkie okazje, które właśnie omijają nas w Polsce. W jednym sklepie z biżuterią była bardzo skomplikowana promocja. Procentowa zniżka zależała od liczby zakupionych towarów, ale nie dotyczyło to całego asortymentu, bo część byłą przeceniona normalnie. Najwyraźniej ekspedientki miały obowiązek poinformować o zasadach każdego potencjalnego klienta. Niestety nie mówiły po angielsku. I niestety nie poddawały się, próbowały. Całe szczęście Paulina zdobyła się na odwagę i zasugerowała, że więcej zrozumiemy po włosku. Panie bardzo się postarały mówić powoli, a my wyszłyśmy z trzema naszyjnikami: Pauliny pierwszym w życiu, moim — lepiej nie liczyć, bo jeszcze ktoś [mąż — przyp. kor.] każe mi zwrócić. Poza tym złowiłyśmy spódnicę, skarpetki, rajstopy i trochę bielizny. Włochy są cudowne!

3

lampki wina

Nie mając dość tematów modowych i ćwiczenia włoskiego, wieczór spędziłyśmy w towarzystwie Mediolańczyka robiącego doktorat w Pizie. Najpierw poszliśmy do jakiejś knajpki i udało mi się po włosku zamówić wino. Włoch wyjaśniał nam też, że z tą kawą chodzi o to, że płaci się za wygodę. Im więcej wygody, tym drożej oczywiście. Zastanawiam się zatem, czy jakby pić kawę na stojąco przy barze, ale trzymać filiżankę za uszko małym placem a do tego mieć niewygodne buty na obcasie i opierać się tak, żeby kant baru wbijał się irytująco w plecy, to byłoby jeszcze taniej. Narzekałyśmy też, że nie możemy zsynchronizować metabolizmu z tutejszymi obyczajami. Około 16 robimy się głodne, a wtedy większość restauracji albo ma siestę, albo serwuje tylko kawę. Kilka razy pytałyśmy o sałatkę, ale zapraszali na 20. Kiedy w końcu ktoś postanowił nas nakarmić, kilka razy się upewniał, czy dobrze zrozumiał, że chcemy o tej porze jeść. Podobno w okolicy wieży restauratorzy są bardziej przyzwyczajeni do egzotycznych zwyczajów turystów i wydają posiłki przez cały dzień.

4

stagioni

O ósmej musieliśmy opuścić pub, bo zbliżała się nie tylko pora posiłku, ale przede wszystkim mecz Interu z Juventusem. Poszliśmy do studenckiego mieszkania naszego włoskiego znajomego, kupując po drodze wino, i zamówiliśmy pizzę. Kolega najpierw nie zrozumiał żartu, kiedy na pytanie, jaką lubimy najbardziej, odparłam, że amerykańską. Potem zareagował już lepiej, bo na prośbę o keczup odpowiedział śmiechem. Opowiadałyśmy o tym, jak można w Polsce zabić Włocha (podając mu sałatę ze śmietaną lub cappuccino w proszku). Bardzo go zaniepokoiło to, że interesują nas takie zagadnienia. Pizza (a właściwie trzy: quattro stagioni, primavera i quattro formaggi) smakowała wybornie. Podobno przygotował ją neapolitańczyk, czyli taki, co się naprawdę zna na pizzy, a nie jakiś tam po prostu Włoch. Z tutejszą pizzą jest tylko jeden problem: jak się jej raz zasmakuje, przestaje się jeść pizzę w całej reszcie świata. Ja całe szczęście nie miałam nic do stracenia, bo od wizyty w Rzymie pizzy właściwie nie jadam. Do teraz.

0,5

— czyli 1:2

Nasz kolega kibicował tym w koszulkach w niebiesko-czarne paski, bo miał taki sam szalik. Dwóch zawodników z przeciwnej drużyny było przebranych za Zorro i mieli takie czarne maski. Na początku ci, co mieli wygrywać, przegrywali, i ze słuchu nauczyłyśmy się kilku włoskich słów, których, mam nadzieję, nie będziemy musiały tu używać. Wszystko skończyło się szczęśliwie 1:2. [Z nieznanych powodów autorka podaje wyniki w odwrotnej kolejności, mecz wszak odbył się na San Siro — przyp. kor.]

6

za katedrę, 15 za wieżę

Wyjdzie na to, że nic tu nie robię, tylko jem, piję wino, robię zakupy i obmawiam facetów. A wczoraj przeszłyśmy chyba cała Pizę i porobiłyśmy sporo zdjęć. Poza krzywą wieżą jest tu sporo do oglądania, ale sza!, żeby się turyści nie dowiedzieli. Plac cudów i katedra stoją za wielkim murem, zajeżdżają tam autobusy pełne aparatów fotograficznych i turystów gotowych pozować, „podpierając” wieżę. Cała zawartość autokarów jest w grupach wprowadzana na plac i zaraz potem z powrotem do autobusu. Dzięki temu wszyscy na świecie uważają, że w Pizie jest tylko krzywa wieża, a tubylcy mają miasto dla siebie, święty spokój i po 21 euro od każdej pary aparat+turysta.

7

wieków nad rzeką

Nie wiem, kto był głównym architektem w tym mieście, ale o ile wieża wygląda, jakby w czasie jej budowy zmieniała się linia horyzontu, o tyle kościół di Santa Maria della Spina wydaje się być wybudowany, zanim płynęła tędy Arno, albo w czasach, gdy płynęła innym korytem. Powiedzieć o nim, że stoi nad rzeką, to tak jak powiedzieć o włoskich lodach, że są jadalne. Jest bardzo malutki, jeszcze bardziej biały (choć oczywiście w paski), a najbardziej to chyba jest stary, bo z trzynastego wieku. Wygląda, jakby coś wyrzuciło go na brzeg i pewnie dlatego chcą go zjeść gołębie.