Dzienniki Kiotijskie:
30.11.2008, czyli o Nijo, Toji i Gion

Nijo

Zamek Nijo
Zamek Nijo

Zamek Nijo Na śniadanie jedliśmy (piliśmy?) japońskie wynalazki: kawę w postaci galaretki (z mlekiem) i zieloną herbatę w postaci lodów (na mleku). Lody natychmiast stały się moimi ulubionymi, są orzeźwiające, trochę gorzkie i japońsko zielone. Potem pojechaliśmy do zamku Nijo, byłej siedziby szoguna. Bilet kosztuje 600 jenów, a parking dla rowerów kolejne 200. Zaparkowaliśmy więc przecznicę dalej na chodniku za darmo. Oprócz ogrodów, pięknej bogato zdobionej bramy i miejsca po wieży, która spłonęła kilkaset lat temu, można tam zobaczyć parterowy pałac szoguna o powierzchni 3000 metrów kwadratowych (pałac, nie szogun) z mnóstwem malowanych parawanów (niektóre są naprawdę piękne i bardzo japońskie) i skrzypiącą podłogą. W bogatych rezydencjach we wszystkich przejściach konstruowano tu tzw. „słowicze podłogi”, czyli specjalnie zamocowane deski, które charakterystycznie skrzypią, gdy się po nich chodzi. Miało to chronić dom przed złodziejami. Nie za bardzo potrafię sobie wyobrazić, co mieliby oni zrabować, bo w tutejszych pałacach nie ma żadnych sprzętów poza matami tatami. Jedynym meblem w pałacu była półka ścienna, która nie mogła raczej pomieścić wielkiego majątku.

Dworzec w Kioto, który nie ma krótszej nazwy niż „Dworzec w Kioto”

Dworzec
Dworzec

Dworzec Przed dalszym zwiedzaniem musieliśmy odwiedzić informacją turystyczną, gdyż nasza mapka Kioto była już w strzępach. Informacja mieści się w gmachu dworca kolejowego, czyli w ogromnym, nowoczesnym, częściowo przeszklonym budynku, zamykającym centrum od południa. Dworzec obsługuje trzy linie kolejowe oraz metro, a poza tym mieści kilka domów towarowych, dziesiątki restauracji i punktów usługowych. W jednym zakątków można było dziś obejrzeć pokaz tradycyjnych japońskich technik cerowania tkanin i sztukowania miseczek. Ale my (zgodnie z radami przewodnika) postanowiliśmy na dworcu zjeść. Błądziliśmy po sześciu piętrach galerii, odrzucając restauracje zbyt drogie, bez menu ze zdjęciami lub modeli posiłków na wystawie (tu w większości knajp w witrynie wystawia się plastikowe modele w skali 1:1 wszystkich dostępnych potraw wraz z cenami), knajpy niejapońskie oraz te, w których trzeba czekać na miejsce (na specjalnie przygotowanej ławeczce). Poruszanie się po dworcu utrudnia fakt, że tylko w jednym miejscu można przekroczyć tory, a do strefy peronów wolno wchodzić tylko z biletem. Po drodze trafiliśmy do domu towarowego ze słodyczami. Na ogromnej powierzchni rozstawionych było kilkadziesiąt ekskluzywnie urządzonych stoisk ze słodkościami. Jednych nawet skosztowaliśmy, ale smakowały niewyobrażalnie gorzej niż wyglądały. Słodycze występują we wszystkich kolorach (przeważa zieleń) i formach (malutkie wafelkowe pudełeczka, ciastowe koperty, cukrowe pierożki, ciasteczka, kuleczki, kosteczki i torciki). Po jednej lub kilka sztuk dobranych do siebie pod względem barwy i kształtu pakuje się je w folie i papierki, następnie w pudełeczka, zawiązuje kokardką, przykleja naklejkę, potem wkłada do woreczka i pieczętuje kolejną nalepką. Płaci się za nie bardzo dużo, potem się je wręcza komuś na prezent i chyba nikogo nie obchodzi, czy ktoś to kiedyś zjada. Słodycze cieszą się tu niewyobrażalną popularnością, w domu towarowym były tłumy i wszyscy wychodzili z jakimiś nabytkami. My jednak szukaliśmy czegoś konkretnego i w końcu trafiliśmy do restauracji, w której każde z nas zamówiło zestaw, podawany na prostokątnej tacy z mnóstwem miseczek i pojemniczków. Mateusz jadł tempurę w zupie z makaronem i tuńczyka z dodatkami na ryżu, ja zaś — naleśnika w zupie z makaronem i jajecznicę (półsurową) z kurczakiem, szczypiorkiem i porem na ryżu. Naprzeciwko nas siedziała niejapońska rodzinka (poznaliśmy, bo jedli ryż tutejszą jakby łyżką), a koło nas pan, któremu bardzo smakowała zupa. W Japonii podczas wciągania przedługiego makaronu nie należy tłumić dźwięków zasysania. Podobno siorbiąc wręcz daje się znak gospodarzowi, że posiłek nam smakuje. Nie wiem, co tutejsza etykieta mówi na temat rozchlapywania przy tym sosu po sobie i innych biesiadnikach. Głośno można też wciągać zupę z łyżki (tutejsze nabieraczki są zbyt szerokie, by wkładać je do ust). Ale pod żadnym pozorem nie wolno np. smarkać publicznie nosa. Ja kataru na szczęście nie mam, a posiłek był przepyszny, choć postanowiłam okazać to bezgłośnie, przez uśmiech.

Toji

Toji Toji Toji

Toji Najedzeni uciekliśmy od współczesności do buddyjskiej świątyni Toji (tak naprawdę „Ji” to świątynia, więc ta świątynia to „To”, jeśli ktoś coś z tego rozumie; a w ogóle oficjalna nazwa to Kyo-o-gokoku-ji). Atrakcją świątyni jest pawilon z 21 drewnianymi posągami Buddy. Budynek ma 400 lat, a rzeźby ponad 1000 i wszędzie pachnie mokrym starym drzewem. Posągi były dla nas niemal identyczne, przedstawiały podobno różne wcielenia Buddy, różniące się wielkością i ułożeniem palców dłoni. W drugiej pagodzie stał jeden, za to dużo większy posąg, ale na nas największe wrażenie zrobiły cienie rzucane na ścianę przez bukiet wielkich złotych sztucznych kwiatów. Wyglądały dokładnie tak, jak japońskie malowidła na parawanach z jednobarwnymi abstrakcyjnymi plamami, na których tle naszkicowanych jest kilka łodyg, a w których każdy widzi orientalną roślinność. Obok pawilonów, w pięknym ogrodzie stała pagoda, najwyższa drewniana budowla w Japonii. Jako symbol Kioto stanowi chyba najczęściej fotografowany tu obiekt. Po jesiennym ogrodzie snuły się tłumy zawodowych i amatorskich fotografów, którzy oprócz pagody i drzew musieli często uwieczniać także siebie nawzajem.

Zen

Świątynie
Świątynie

Po zmroku wstąpiliśmy jeszcze do jednego zespołu świątyń. Wszystkie budynki zamknięto o 16, ale my wykorzystaliśmy wieczorne pustki i obfotografowaliśmy okolicę. Wykorzystałam długi czas naświetlania i jeszcze dłuższy wybierania kadru i na skraju małego ogródka z grabionym żwirkiem ukucnęłam na ścieżce wysypanej o wiele cieńszą warstwą kamyczków. Palcem zrobiłam kilka fal opływających sąsiednie kamienie i jakiś pracownik świątyni podszedł do mnie i przemówił po japońsku. Oczywiście nic nie zrozumiałam, ale z tonu głosu i jego miny wywnioskowałam, że raczej chwali mój pomysł niż grozi wezwaniem policji. Powiedziałam mu po angielsku, że nie rozumiem japońskiego, a on znów coś spokojnie odpowiedział mi po swojemu i odszedł uśmiechnięty. To było bardzo zen.

Gion

Gion Gion Gion Wracaliśmy jeszcze raz przez dzielnicę Gion. Podjechaliśmy do teatru „Zaułek Gion”, w którym podobno za 100 zł i więcej można zobaczyć kilkudziesięciominutowy spektakl taneczny z udziałem prawdziwych gejsz. Mnie jeszcze bardziej intryguje teatr kabuki, podobno tak niezrozumiała forma sceniczna, że nieznajomość japońskiego nie robi już żadnej różnicy. Teatr znaleźliśmy, lecz już na plakacie nie zrozumieliśmy niczego poza ceną i adresem internetowym z biletami. Niestety strona jest też po japońsku. Jutro postaram się dowiedzieć więcej w informacji turystycznej i wtedy zdecydujemy, czy zaryzykować 300 zł.