Dzienniki Kiotijskie:
29.11.2008, czyli między innymi o dzielnicy czerwonych latarni

Uskrzydlony poranek

czapla czapla czapla

Wstaliśmy dziś bardzo wcześnie. Jechaliśmy na południe miasta wzdłuż rzeki, w piękną pogodę i przy niesamowitym oświetleniu. Same brzegi są tu bardzo uregulowane, lecz w wielu miejscach pozostawiono mielizny i wysepki, a na nich pozwolono rosnąć szuwarom i trawie. Dlatego jadąc, można spotkać nie tylko Japończyków uprawiających poranny jogging, ale przede wszystkim setki ptaków, z których najczęściej występuje czapla. Mateusz zrobił mnóstwo zdjęć, z których ja wybrałam zaledwie kilka. Niestety większości ptaków nie potrafimy tu rozpoznać. Odróżniamy perkozy, czaplę siwą i białą oraz ogólnie kaczki. Najzabawniejsza dziś rano okazała się młodziutka czapla ucząca się latać tuż nad wodą i łapać ryby, która co chwilę traciła równowagę i paniczne łopotała skrzydłami, odstraszając swoje potencjalne pożywienie.

świątynie czerwonych liści

świątynie jesieni świątynie jesieni świątynie jesieni
świątynie jesieni świątynie jesieni
świątynie jesieni
świątynie jesieni

Potem przez cały dzień zwiedzaliśmy świątynie. Widzieliśmy kilka pięknych ogrodów zen, mnicha grabiącego żwir, sztuczne stawy (w jednym pływały dziwne kolorowe ryby, a na środku stał na postumencie posąg Buddy). Znów nie mogliśmy oderwać oczu i obiektywu od tutejszej jesieni. Większość świątyń położona jest u podnóży gór, w przepięknej scenerii, na tle ściany kolorowego lasu. W jednym z takich lasów odnaleźliśmy mały chram i kilka pomniejszych kapliczek, z których jedną ustawiono tuż obok małego wodospadu. Przy wodospadzie ustawiono parawan i przebieralnie. Nawet w zimie co odważniejsi wierni biorą tam oczyszczający, także duchowo, prysznic. Planujemy wybrać się tam kiedyś rano w tygodniu, kiedy będzie mniej ludzi.

Pielgrzymka na czerwoną górę

Panorama Kioto
Kiyomizudera
Kiyomizudera
Kiyomizudera

Zwiedziliśmy też jedną z najstarszych i największych świątyń w Kioto — Kiyomizuderę. Stoi na stromym zboczu i z jednej strony wspiera się na kilkusetletnim drewnianym rusztowaniu. Wokół niej i na wszystkich uliczkach do niej prowadzących są niewyobrażalne tłumy ludzi oraz tysiące kramów z pamiątkami. Jeśli nie chce się oglądać każdej wystawy, robić tysiąca zdjęć i kupować lodów w każdej kawiarence, co kilkadzsiąt metrów droższych o kolejne pięćdziesiąt jenów, to właściwie nie da się tam przejść. Zmęczeni tym tłumem, ale jednocześnie oczarowani widokami z głównego tarasu, postanowiliśmy sprawdzić, jaką kolejną atrakcję wskazuje długa kolejka przy bocznych drzwiach do świątyni. Odstaliśmy w kolejce, zapłaciliśmy po 100 jenów, zdjęliśmy buty i znaleźliśmy się we wnętrzu w jeszcze większej i wolniej przesuwającej się kolejce. Małymi kroczkami poruszaliśmy się w stronę celu, mijając po drodze kilka małych ołtarzyków, kramów ze świeczkami oraz jedną większą grupę figur. Celem naszym niestety okazało się wyjście na dwór. W świątyni nie znaleźlismy dla siebie niczego interesującego, a i Japończycy wydawali się zniecierpliwieni czekaniem. Ciekawy był jedynie tłum, który był chyba najgorzej zorganizowaną kolejką na świecie, ale dzięki niej mogliśmy zaobserwować, jak same z siebie tworzą się korki.

Obiad u czerwonego smoka

Smok Szukanie restauracji w Japonii nie należy do łatwych zadań. Zwykle nie sposób (bez znajomości języka) odróżnić ich od herbaciarni, od innych punktów usługowych czy restauracji zamkniętych. Czasem na zewnątrz wywieszone jest menu, ale zawsze po japońsku. Dlatego błądziliśmy dziś bardzo długo w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na obiad, stając się coraz bardziej głodni. Gdy staliśmy pod jedną z hipotetycznych knajpek, wyszła do nas kelnerka i zaprosiła do środka, obiecując angielskie menu. Okazało się zapisaną długopisem kartką, której treść wydała się w Japonii trochę orientalna (mięsa w sosach, coś na ostro, niewiele ryb). Mateusz szybko zorientował się, że musieliśmy trafić do Chińskiej restauracji. Kiedy przemiła kelnerka zaczęła rozmawiań z kucharzami, zyskaliśmy pewność. Jedzenie było pyszne (mięso duszone z warzywami, jedno na ostro, drugie na łagodnie, ale z krewetkami) i niedrogie jak na tutejsze warunki. Do niego dostaliśmy dziwną zupę rozbełtaną z jajkiem, ryż i zieloną herbatę (podobno chińską, ale nie potrafię wyczuć różnicy w smaku). Co ciekawe, kelnerzy donoszą tu herbatę, ilekroć opróżni się dzbanek, taka japońska wielka dolewka, ale z tą różnicą, że napój do posiłku jest gratis. Kiedy wchodziliśmy, podziękowaniom i uprzejmościom nie było końca. Tu nie daje się napiwków, więc cała sytuacja wydała się nam jeszcze bardziej krępująca.

Wieczór w dzielnicy czerwonych latarni

Gion Gion Wieczór spędziliśmy w ścisłym centrum. Najpierw trafiliśmy do oświetlonej neonami, potwornie zatłoczonej i zakorkowanej dzielnicy handlowej. Jeszcze nigdy nie widziałam tylu sklepów, domów towarowych i Japończyków w jednym miejscu. Na ewentualne zakupy postanowiłam przyjść sama i wtedy, gdy ci wszyscy ludzie pracują lub się uczą. Dziś natomiast poszliśmy do Gion, dzielnicy gejsz. Zgodnie z oczekiwaniami żadnej nie spotkaliśmy (wcześniej wokół świątyń widzieliśmy kilka dziewcząt jedynie przebranych za gejsze), ale z przyjemnością pospacerowaliśmy wąskimi uliczkami wśród knajpek, małych starych drewnianych domów i rzędów czerwonych latarni, które tu chyba nie oznaczają tego, co w Amsterdamie. Nieprawdopodobnie zmęczeni kupiliśmy tylko sushi na kolację oraz lody o smaku zielonej herbaty na śniadanie i wróciliśmy do domu. Jutro znów chcemy wcześnie wstać.