Dzienniki Kiotijskie:
28.11.2008, czyli o tempurze, temperaturze, pagodzie i pogodzie

Alfabet japoński

Po niemal tygodniowym pobycie przyszedł czas na krótki wywód antropologiczno-etnograficzny, czyli zebranie moich obserwacji na temat wyglądu, zachowań i zwyczajów tubylców.

A alfabet Alfabet. Japończycy używają trzech alfabetów, dwóch japońskich i chińskiego. Te rodzime (hiragana i katakana) są sylabiczne, pierwotnie jeden był używany przez kobiety, drugi przez mężczyzn. Teraz jeden służy do zapisu słów japońskich, drugi do wyrazów pochodzenia obcego (np. hambaga, tepu, Kawasunizuka). Znaki chińskie (kanji) zwykle odpowiadają znaczeniem tym samym wyrazom, co w Chinach, ale czytane są po japońsku. Jeden znak, to jeden wyraz podstawowy, ale oczywiście większość słownictwa w tej chwili jest złożona. Powszechnie używa się około 400 znaków z jakichś 8000. Każdy Japończyk może napisać w miarę zrozumiały list do Chińczyka, natomiast za Chiny nie dogada się z nim przez telefon. Japończycy tradycyjnie piszą od góry do dołu, stawiając kolumny od prawej do lewej i nie dzielą napisów na wyrazy. Teraz ze względu na powszechność komputerów większość tekstów pisana jest wierszami od lewej do prawej. Ale niewiele to pomaga, bo poszczególnych alfabetów już od dawna nie używa się oddzielnie, lecz łączy, miesza, zamienia tak, że w zapisie pojedynczego wyrazu mogą pojawić się wszystkie trzy. Co więcej, przez rodzaj użytego znaku można wyrazić swoje emocje, stosunek do pisanego tekstu lub np. zażartować. To jeden z przejawów słynnego japońskiego „między słowami”. Zatem po japońsku każdą sylabę można zapisać na wiele sposobów, poszczególne znaki czyta się różnie zależnie od kontekstu i tradycji, w życiu codziennym używa się 620 znaków, a to, co jest napisane, i tak nie jest dosłowne, bo Japończycy uwielbiają eufemizmy, przenośnie i niedopowiedzenia. Nam na razie udaje się mniej więcej odróżnić od siebie poszczególne pisma; katakana jest kanciasta, hiragana bardziej miękka i ładniejsza, a kanji to najczęściej bardzo skomplikowane obrazki w rodzaju choinki z dwiema kreskami z dostawionym obok telewizorkiem na trójnogu i anteną. Nic dziwnego, że Japończycy uczą się pisać od połowy szkoły średniej.
B Boso. Japończycy właściwie nie noszą wysokich sznurowanych butów, bo byłoby to skrajnie niepraktyczne. We wszystkich świątyniach, domach, herbaciarniach, większości restauracji, części sklepów i punktów usługowych, nawet na przyjęciach weselnych obowiązują bose nogi. Buty zostawia się na specjalnie przygotowanych półeczkach. Dobrze jest więc mieć ciepłe skarpetki, bo podłogi bywają chłodne. Zwykle jednak wyłożone są matami tatami, czyli słomkowymi plecionkami grubości nawet kilkunastu centymetrów. Siada się na podłodze, na klęczki, czasem leżą jakieś poduszki, a w jednej z restauracji spotkaliśmy specjalne zagłębienie pod stołem, do którego wkładało się nogi, tak ze wyglądało to, jakby się siedziało na podłodze. Nawet przy takich udogodnieniach nigdy nie można oprzeć pleców, ale im to najwyraźniej nie przeszkadza.
C Chichotanie. W tutejszej kulturze oznacza zakłopotanie. A Japończycy wciąż są zakłopotani, więc wciąż chichoczą. Brzmi to podobnie jak śmiech nastoletnich dziumdzi w Polsce. Ponadto powszechnie uważa się tu, że wyższy głos jest bardziej ponętny. Wszyscy wydają tu bardzo wysokie dźwięki, szczególnie dziewczyny, gdy rozmawiają z moim mężem. Dlatego w codziennych kontaktach Japończycy wydają mi się głupawi.
D Dziękuję. Jest to najczęściej używane słowo w Japonii (albo tak nam się wydaje, bo jest jedynym, które rozpoznajemy). Podobno dosłownie oznacza „postawiłeś mnie w niezręcznej sytuacji”, czyli służy do wyrażenia zakłopotania. Japończycy dziękują, jak się im coś daje i jak oni coś dają, dziękują, witając się z Tobą i żegnając, kiedy pytają i kiedy odpowiadają na pytania. Może to i miłe, ale ja podziękuję.
E Emeryci. To głównie ich tu spotykamy, poruszając się za dnia po mieście, kiedy wszyscy młodsi ciężko pracują. Oni też są uczestnikami tłumnych wycieczek po Europie. Wszyscy Japończycy jadą na wakacje (większość pewnie na pierwsze w życiu) zaraz po przejściu na emeryturę. Jeśli nie mają pieniędzy na zagraniczne wojaże, podróżują po Japonii. Najczęściej przyjeżdzają do Kioto, bo tu jest najwięcej do zobaczenia. Często podróżują z wnukami, bo te jeszcze mają czas. I robią zdjęcia.
F zdjęcia Fotografowanie. Dla Japończyków podróżowanie polega na robieniu zdjęć. Ich wycieczkowe plany są bardzo napięte, dlatego nie mają czasu wszystkiego dokładnie obejrzeć. Prawie zawsze używają malutkich aparatów, często komórek i wszyscy zawsze robią zdjęcia w tym samym miejscu. Często bezsensownie włączają lampę błyskową, fotografując oddalony o kilkadziesiąt metrów budynek. Wyjątkiem są emeryci, którzy czasem mają duże aparaty, statywy i poświęcają robieniu zdjęć bardzo dużo czasu. Moja hipoteza brzmi: są to ci Japończycy, którzy odbyli już swoją podróż życia, wreszcie mieli czas przejrzeć tysiące zdjęć, jakie zrobili przez ostatnie kilkadziesiąt lat, zobaczyli, że wykonane w pośpiechu małym aparatem są beznadziejnej jakości i nie popełnili z tego powodu samobójstwa, lecz kupili większy aparat.
G gesty Gesty i głupie miny. Kiedy młodzi Japończycy pozują do zdjęcia, w grupie lub w pojedynkę, zawsze układają dziwnie dłonie, przekrzywiają głowy i robią głupie miny. Uczą się tego od małego przez naśladownictwo. Kiedy wczoraj przechodziliśmy koło jakiejś katolickiej żeńskiej szkoły, chcieliśmy sfotografować tłumek identycznie ubranych dziewcząt. Kiedy to spostrzegły, ustawiły się wszystkie do zdjęcia i przybrały te swoje dziwne pozy. Były bardzo zadowolone. że ktoś im robi zdjęcia, wszystkie chichotały i piszczały, a na pożegnanie machały nam rękami.
H Herbata. Nie wiem, co tu jest świętsze: ryż czy herbata. Ceremonia picia herbaty to obrzęd od zawsze związany z buddyzmem. Salony herbaciane są częściami świątyń, a mnisi, którzy najbardziej przyczynili się do rozwoju tutejszej religii to ci, którzy rozwijali i udoskonalali proces parzenia i spożywania naparu. Herbatę (zawsze zielona i często oczywiście z dodatkiem ryżu) parzy się w specjalnych dzbankach i pije ciepłą z czarek czy miseczek, klęcząc, ewentualnie siedząc. Czasem towarzyszy jej jakiś słodycz. Poza tym już mniej świętą herbatę (wtedy czasem na zimno) podaje się do wszystkich posiłków i sprzedaje w plastikowych butelkach w supermarkecie. Nie ma herbaty aromatyzowanej, nie słodzi się jej ani nie dodaje soku czy cytryny. Można dodać mleka. Chyba nie muszę dodawać, że nie ma czegoś takiego jak ekspresowa zielona herbata?
I Imitacja. Japończycy wkładają bardzo wiele trudu w to, żeby sprawić by jedne rzeczy wyglądały jak inne rzeczy. Grabią żwirek, by imitował wodę, wielokrotnie lakierują papier, by przypominał plastik, wyrabiają plastikowe pałeczki, które wydają się drewniane, i plastikowe miski, które naśladują porcelanę. Całe szczęście na etykiecie zawsze można sprawdzić, co z czego wykonano.
J jedzenie Jedzenie. Japońskie jedzenie to nie tylko sushi. Je tu się głównie ryż, ryby, owoce morza i warzywa (wszystkie posiłki wyglądają podobnie i różnią się jedynie wielkością). Bardzo często występują też makarony, jaja i tofu. Wszystkie zwierzęta i je się przeważnie surowe, jaja — prawie surowe, warzywa zaś — kiszone i marynowane. Z tofu robi się tu różne rzeczy, ale i tak pozostaje bez smaku. Wszystko (chyba poza ryżem) można tu wrzucić z makaronem do rosołu lub usmażyć w cieście na głębokim tłuszczu (otrzymamy tempurę). Ale ogólnie Japończycy unikają mieszania składników. Wszystko podają w oddzielnych miseczkach, także sosy i dodatkiem które są tu jedynymi przyprawami. Bardzo spodobało mi się określenie japońskiego smaku jako „nienachalny”. Skromność smaku ma być rekompensowana przez różnorodne konsystencje (kruchą, mięsistą, puszystą i najczęściej spotykaną gluciastą) oraz doznania wizualne. Japończycy jedzą prawie wszystko na zimno chyba ze względu na czasochłonność dekoracji posiłku. W miseczkach oprócz jedzenia leża świeże kwiaty, wszystko jest kolorystycznie zgrane, rozmaite miseczki, talerzyki i dzbanuszki konweniują ze sobą pod względem barwy, struktury o kształtu, choć zwykle nie pochodzą z jednego serwisu. Tu się nawet bardziej je oczami niż pałeczkami.
K kierowcy Kierowcy. Japończycy nie umieją poruszać się po drogach. I nie chodzi mi tylko o to, że jeżdżą nie tą stroną drogi. Są bardzo niepewnymi kierowcami, zanim ruszą, zastanawiają się kilka minut, by nacisnąć pedał gazu w najmniej odpowiednim momencie. Na skrzyżowaniach nigdy nie wiedzą, kto ma pierwszeństwo (często ze wszystkich czterech stron stoi znak „ustąp pierwszeństwa”). Jeszcze gorzej jest z rowerzystami. Część jeździ po ulicach (ale po obu stronach z tą samą częstotliwością, nie przejmując się samochodami). Większość jeździ po chodnikach, bo na nielicznych ścieżkach rowerowych bądź są zaparkowane rowery, bądź ustawione ławki, bądź plątają się tam piesi. Wymijają się raz z prawej, raz z lewej, i nigdy nie zwalniają, widząc kogoś jadącego z naprzeciwka. Jeżdżą przy tym z parasolami, które stwarzają dodatkowe zagrożenie. Piesi też chodzą po obu stronach ulicy wzdłuż, chociaż obok jest chodnik. Japończycy są przy tym anielsko spokojni, nigdy nie trąbią, ostro nie hamują, nie krzyczą na siebie, ale też na szczęście jeżdżą dość powoli.
L liście Liście. Dużo tu ich i ładne. Klony mają czerwone, miłorzęby — żółte, a inne drzewa — inne. Japończycy nie pozwalają, by ktoś widział je w niereprezentatywnej fazie rozkładu, więc grabią i zamiatają codziennie, każdy przed swoimi drzwiami. Jak widać na zdjęciach, warto.
M mundurki Mundurki. Uczniowie poruszają się po mieście w monolitycznych grupach. Podczas wf wszystkie mają takie same dresy. Gdy w niedziele idą do klubu sportowego, już z domu wychodzą w strojach. Do szkoły chodzą w mundurkach, które obejmują także identyczne buty. A gdy po zajęciach idą na lody, kupują takie same. Giertych byłby z pewnością bardzo zadowolony.
N nogi Nogi. To co najbardziej odróżnia Japończyków od nas, to wcale nie kolor skóry czy skośne oczy. To krzywe nogi. Nie wiem, czy to kwestia różnic genetycznych, czy tradycji robienia wszystkiego na klęczki z rozchylonymi na boki piętami, czy może byle jakiego chodzenia. Wszyscy Japończycy mają krzywe nogi, najbardziej jest to widoczne u kobiet. Bardzo wielu ma problemy z chodzeniem. Większość starszych porusza się z balkonikami lub z pomocą innych osób. Wygląda to przerażająco. Co więcej, mimo to młode Japonki przeważnie noszą wysokie obcasy, nawet jeśli są tu tylko w celach turystycznych. Jest to szczególnie skomplikowane, gdyż wszystkie obiekty warte zwiedzenia wysypane są grząskim żwirkiem. I choć Japonki mają szczupłe nogi, najczęściej wyglądają wyjątkowo niezgrabnie. Chodzą, stawiając nogi na ugiętych kolanach, które prostują dopiero, gdy przenoszą ciężar ciała. Często chodzą na krawędziach stóp i zawsze wykręcają nogi do środka.
O odpadki Odpadki. Nie wiem, jak to się dzieje, ale tu wszędzie jest czysto, choć nigdzie nie ma koszy na śmieci. Japończycy segregują śmieci (nie z takim zaangażowaniem jak Niemcy, ale z większym niż my). Każdy rodzaj śmieci wkładają do worka w innym kolorze. Podobnie jak w Wielkiej Brytanii nie ma tu kontenerów. Śmieci trzyma się w domu, aż przyjdzie odpowiedni dzień tygodnia (może miesiąca?), kiedy będzie przejeżdżać śmieciarka zbierająca worki w danym kolorze. Wtedy zmagazynowane odpadki wystawia się na ulice. Ponieważ my nie znamy rozkładu jazdy śmieciarki, mamy notorycznie problem z odpadkami. W kuchni ani w łazience w naszym motelu nie ma żadnego kubła. W pokoju mamy kosz i zestaw worków, ale nie wiemy, co z nimi robić, gdy się zapełniają albo zaczynają śmierdzieć. Na razie pozbyliśmy się ich przez podrzucenie do małego kosza na jakimś parkingu, ale te zdarzają się bardzo rzadko i zwykle są wyspecjalizowane (np. na puszki po napojach z sąsiedniego automatu). Na uczelni na korytarzu stoi też rząd kubełków, ale jakoś głupio nam tam przyjść z wielkim workiem i bawić się w publiczne sortowanie, dopasowując śmieci do obrazków na przykrywkach.
P prezenty Prezenty. To chyba najbardziej odpowiada mi w Japończykach. Uwielbiają dostawać i dawać prezenty. Najważniejsze w prezencie jest opakowanie. W sklepach można dostać mnóstwo akcesoriów do przygotowania pakunków, nie ma za to gotowych pudełek. Wszystko musi być wykonane własnoręcznie. Są tysiące papierów, karnecików, wstążek, aplikacji i przede wszystkim naklejek, które nie są tu domeną małych dziewczynek, ale wszystkich ludzi pragnących okazywać miłe uczucia. Na każdym rogu jest kwiaciarnia i cukiernia. Bardzo popularnym prezentem są bowiem słodycze, których wypracowana forma ma pewnie za zadanie odwrócić uwagę od nienajlepszego smaku. Za każdy prezent trzeba podziękować. Profesor dostał od nas prezent w środę, a codziennie nam za niego dziękuje w imieniu swoim, żony i dzieci, podkreślając za każdym razem inny szczegół i skupiając się na innym elemencie. Dziś np. cieszył się z orzechów włoskich, bo tu nie dość, że nie są popularne, to jeszcze występują tylko obrane. Skorupki były podobno dla jego dzieci wielkim zaskoczeniem i będą źródłem nieskończonej radości podczas całego weekendu (a profesor zajmował się będzie ich obieraniem, choć nie ma ku temu oprzyrządowania). Chyba jesteśmy okrutnikami, dając mu na początku trzytygodniowego pobytu prezent, który z pewnością nie ma aż dwudziestu zalet. Ale mi ten zwyczaj okazywania radości niezwykle odpowiada. Uwielbiam dawać prezenty głównie po to, by widzieć, jaką radość komuś sprawiają. Tu nie muszę się kilkukrotnie dopytywać, czy upominek się komuś podoba lub czy zauważył, ile pracy włożyłam w jego zapakowanie.
R Ryż. Ryż jest dla Japończyków najświętszą rzeczą. Najtańszy, więc pewnie i najgorszy, kosztuje około 15 zł za kg i oczywiście nie można go kupić w tak detalicznych ilościach. Na obrazkowej instrukcji gotowania jest rysunek jakiejś skomplikowanej maszyny, czyli pewnie nie wolno go przyrządzać w zwykłym garnku. Można kupić ugotowany ryż w supermarkecie, ale tu nikt nie ma zaufania do innych kucharzy i np. na stołówkę większość Japończyków przychodzi z własnym ryżem i zamawia tylko resztę dania. Gotowy ryż jest lepki, zimny i niesłony, zawsze podawany w osobnej miseczce, w czasie posiłku nie można go niczym pobrudzić (polanie go sosem to zbrodnia) i trzeba zjeść do ostatniego ziarenka — pałeczkami!
S Spódnice. Japonki (chociaż mają krzywe nogi) chodzą głównie w spódnicach, i to krótkich. Niektóre są naprawdę ciekawe, niemal wszystkie mają falbany i przynajmniej kilka warstw w różnych kolorach, wzorach i o różnej strukturze materiału. Damskie mundurki szkolne też zawsze zawierają spódnice, a do niej białe podkolanówki. Japonkom chyba nigdy nie jest zimno, bo nie przeszkadzają im gołe kolana, a czasem nawet i łydki. Chętnie kupiłabym tu sobie jakąś spódnicę, ale obawiam się, że krótka spódnica stąd będzie dla mnie supermini.
T torby Torby. Japończycy nie noszą plecaków. Sporadycznie zdarza się to u rowerzystów, ale większość rowerów ma z przodu koszyk, do którego można włożyć torbę lub torebkę. Panie noszą różnorakie torby i torebki, panowie raczej torby, i niemal nikt (poza nami) nie chodzi z plecakiem. Ale już chyba ustaliliśmy, że Japończycy skłaniają się raczej ku komplikowaniu sobie życia i stronią od rzeczy wygodnych.
U Uśmiech. Japończycy uśmiechają się więcej niż Polacy (to akurat nietrudne), ale mniej niż Włosi. Raczej nie śmieją się w głos, tylko chichoczą lub grzecznie się uśmiechają i lekko kłaniają podczas wymiany licznych uprzejmości. Dla nas to całkiem wygodne, bo choć nie umiemy wypowiedzieć żadnych zwrotów grzecznościowych (zresztą nie tylko takich), to zawsze możemy się ukłonić i uśmiechnąć. Niestety Japończycy uśmiechają się i kiwają także wtedy, gdy nie rozumieją, co się do nich mówi lub o co się ich prosi.
W Wzrost. Powinnam chyba napisać małe „w”, bo Japończycy są po prostu mali, choć podobno i tak istotnie wyżsi niż kilkadziesiąt lat temu. Wszystkie rzeczy byłyby tu na mnie przykrótkie. O butach nie wspominam, za małe są nawet te męskie. Większość drzwi ma, jak w komnatach średniowiecznych zamków, jakieś 175 cm wysokości. Ja przechodzę, ale Mateusz co chwilę gdzieś zahacza. On też narzeka na wysokość zawieszenia pisuarów, ale na ten temat akurat nie mam zdania. Klamki są na wysokości mojego kolana, rowery zawsze mają za nisko siodełko (choć akurat Japończycy chyba wolą nie prostować kolan podczas jazdy), a spod kołdry wystają mi stopy. Czuję się trochę jak Alicja po drugiej stronie lustra, a wcale przecież nie jestem wysoka.
Y Yyy... Taki właśnie dźwięk wydawał kierowca autobusu na każdym przystanku na zakończenie jakiegoś powtarzanego zdania. Japończycy uwielbiają przeciągać sylaby, lekko się zacinając. Taki sposób mówienia uchodzi tu chyba za uprzejmy.
Z Zen. A teraz zaparz sobie herbatę, usiądź wygodnie na podłodze (nie na fotelu), popatrz za okno i zrelaksuj się. Jesteś u siebie i nie musisz tego wszystkiego rozumieć.

Całe szczęście my używamy łacińskiego alfabetu, a nie Kanji. Inaczej dzisiejsza relacja mogłaby się nie skończyć.

Kwiatek do ryby

Na lunch profesor zaprosił nas do restauracji. Zdjęliśmy buty i usiedliśmy przy tym dziwnym wpuszczanym w podłogę stole, przy którym się wygląda, jakby się jadło na podłodze. Polecił nam tempurę, do której zamówiliśmy jakieś kluski. Na wielkiej tacy każdy dostał osiem miseczek: z makaronem i jajkiem w zupie, tempurą, malutkimi kawałeczkami warzyw, ryżem, chrzanem, sosem, surową rybą z innym chrzanem i kwiatkiem, z herbatą. Chyba powoli staje się koneserem japońskiej kuchni, bo zauważyłam, że tempura, czyli krewetka, grzyb (nie wnikałam, jaki), cebula, coś dyniowatego i inne nierozpoznane warzywa w cieście smażone na głębokim tłuszczu, były o niebo lepsze niż na stołówce. Jajko było półsurowe, więc można było je jeść łyżką. Makaron był zielony, a zupa jakaś galaretkowata. Wszystko wyglądało przepięknie i smakowało wyśmienicie, choć może nie wynika to jasno z powyższego opisu. Ja zamówiłam identyczny zestaw, jak nasz gospodarz, więc miałam łatwiej, bo podpatrywałam u niego, jak co jeść. Ogólnie wszystko naraz, bo Japończycy nie rozróżniają dań w posiłku. Stawiał profesor, ale podejrzeliśmy cenę — około 50 zł zestaw dla jednej osoby, czyli przyzwoicie. Jutro też spróbujemy znaleźć taką restaurację. Po południu padało i było zimno. Zdecydowaliśmy się ograniczyć zwiedzanie do małego muzeum, w którym wystawione są przygotowane na któreś Expo reprodukcje znanych obrazów na ceramice. Wszystko w bardzo nowoczesnym budynku z mnóstwem zbiorników wodnych, ale ogólnie nic interesującego. Jutro czeka nas wielkie zwiedzanie, mamy cały dzień na zen.