Dzienniki Kiotijskie:
27.11.2008, czyli kocham Pana, Panie Fudżi

Patisony w parku

splątane drzewo barierka barierka
ogród botaniczny bonsai

Poranek spędziliśmy w ogrodzie botanicznym, po którym o tej porze przechadzają się wyłącznie emeryci. Niewiele już kwitło, za to czerwona japońska jesień płonęła na wszystkich drzewach. Dzięki tabliczkom z łacińskimi nazwami znaleźliśmy miłorząb japoński i pozbieraliśmy do suszenia trochę jego liści. Fragment ogrodu był zdaniem twórców ukształtowany w stylu europejskim, a polegało to na przystrzyżeniu wszystkich roślin na równo, ugeometryzowaniu ścieżek i ustawieniu dwóch rzeźb (gołej baby i grubej baletnicy), i miało na celu chyba zniechęcenie emerytów do wyjazdów na stary kontynent. Część parku poświęcono roślinom jadalnym, i to nie jakimś egzotycznym. Można była usiąść na ławeczce i pokontemplować grządki kapusty, pietruszki i przeschnięte coś na kształt cukinii. Odnaleźliśmy też mała wystawę bonsai, która robiła niesamowite wrażenie, szczególnie że w tle rosły podobne drzewa normalnych już rozmiarów. Przekonaliśmy się, że tutejsi ogrodnicy potrafią kształtować nie tylko gałęzie, ale także korzenie roślin, tak by np. wirtuozersko oplatały ułożony w doniczce kamień. Najbardziej jednak zafascynowała nas barierka jednego z mostków. Była uformowana z żywych drzew, które łączyły się i rozdzielały, tworząc jakby poziomo ustawioną drabinę. Nie udało nam się nawet ustalić kierunku wzrostu tej rośliny. Przy takich umiejętnościach ogrodników niepotrzebni są stolarze.

zen

Bo zupa była za słona

Nasz język jest jednak bardzo rozpoznawany. Dziś na uczelni najpierw spotkaliśmy studiującego tu Szweda, który poznał, że jesteśmy z Polski (jego mama jest Polką), a potem na stołówce jakaś Francuzka też zidentyfikowała naszą mowę, czym zrobiła ogromne wrażenie na współbiesiadujących z nią Japończykach, dla których wszystkie niejapońskie języki brzmią tak samo niepięknie. Myśmy jedli dziś z profesorem. Wykorzystałam jego znajomość japońskiego i poprosiłam, żeby zamówił mi jakieś kluski, bo tego nie da się zrobić na migi. Dostałam bardzo dobry makaron z tempurą (warzywami w cieście smażonymi w głębokim tłuszczu), a wszystko to utopione w zupie o smaku ciepłego, przesolonego sosu sojowego z lekką nutą kwaśną. Stchórzyłam i wzięłam łyżkę, ale i tak poniosłam porażkę w walce ze śliskim, długim makaronem. Z samą zupą szło mi dużo lepiej, ale kiedy dumna z siebie nabierałam ostatnią łyżkę, profesor objaśnił mi, że zupy właściwie się nie je, tylko to, co w niej pływa. Ja nie widzę w tym sensu. Zawsze myślałam, że w smażeniu w głębokim tłuszczu chodzi o uzyskanie chrupkości. Tymczasem oni rozmaczają tempurę w zupie, topią też kluski, żeby potem popisywać się manualną sprawnością przy wyławianiu wszystkiego z powrotem pałeczkami. Po zupie wypiłam dwie miski herbaty i ciągle chciało mi się pić.

Jestem jakaś żwirnięta

Pan Fudżi Pan Fudżi
Żwirek
ogród

Po południu widzieliśmy mnóstwo chramów i świątyń (potem przeczytałam, że w Kioto jest ich ponad dwa tysiące i pogodziłam się z tym, że wszystkich nie zobaczę). Dziś większe wrażenie robiły na mnie świątynie buddyjskie. Nie wiem, czy jakaś niespokojna jestem, czy mi się pomarańczowy znudził, ale miałam dziś niewątpliwie nastrój zen (zeni?, zenowy?, zenowaty?, zenitalny? zeniczny?). Zapłaciliśmy po 500 jenów za wejście do Świątyni Srebrnego Pawilonu. Że nie jest srebrny byliśmy świadomi, bo przeczytaliśmy w przewodniku, że twórca zdążył przed śmiercią wymyślić nazwę, ale nie zdążył zakupić srebra. Że jest w remoncie, uprzedzili nas przy kasie. Ale że jest zupełnie zasłonięta przez rusztowania, a za obejrzenie malowanych parawanów trzeba płacić po 1000 jenów, to już nas zaskoczyło. A że Japończycy i tak będą robić zdjęcia rusztowań, tego chyba nikt by się nie spodziewał. Ale nie żałowaliśmy ani przez chwilę. Świątynia znajduje się w przepięknym ogrodzie. Z jednej strony zamyka go strome zbocze porośnięte purpurowiejącymi drzewami, a centralną część zajmuje suchy ogród. Żwirek zagrabiono w większe fale, na grzbietach których są mniejsze fale. Ze żwirku uformowano nawet czoło fali, która jak w czasie przypływu wlewa się na spokojny ląd, z którego wyrasta Fudżi. Może na zdjęciach wygląda to jak efekt zabawy w piaskownicy jakiegoś bachora z grabkami oraz wiaderkiem i teraz wszyscy pomyślą, że źle na mnie działa to życie do góry nogami, ale ja naprawdę marzę o zobaczeniu Pana Fudżi. Tutaj nikt nie mówi „Fudżi-jama”, tylko „Fudżi-san”, co znaczy „Pan Fudżi”. Jego wizerunek pojawia się częściej niż portrety cesarza i każda babka z piasku przywodzi Japończykom na myśl właśnie jego. Może dlatego, że jest najwyższym Japończykiem.

W tak małym kraju wśród tak niskich ludzi liczy się szczegół

szczegół szczegół szczegół

szczegół Zastanawiałam się, co mnie tak zachwyca w tutejszej kulturze. Harmonia? Inność? Delikatność? Konsekwencja? To też, ale jednak wydaje mi się, że zen tkwi w szczegółach. Japońskie ogrody stają się fascynujące, kiedy skręci się w boczną alejkę i wypatrzy pośród liści małą kamienną latarnię. Albo gdy naszą uwagę zwróci grupa kamieni niby przypadkiem ułożonych w sztucznym jeziorku. Albo gdy przyglądając się małemu źródełku odkrywamy, że soczystozielony liść, po którym spływa woda nie znalazł się tak przypadkiem, lecz ktoś przycisnął go kamieniem. Czerwone liście nie zakrywają całego dywanu z mchu, lecz nasyconą mokrą czerwienią błyszczą na tle zielonego aksamitu. Drewniane latarnie mają prawie ten sam kolor, co jesienne klony, a japońska kaligrafia przypomina graficzną formę gałązki pewnego drzewa. Kto wciąż myśli, że coś tu się dzieje przypadkiem, niech przyjrzy się zdjęciom.

szczegół szczegół szczegół
szczegół szczegół