Dzienniki Kiotijskie:
26.11.2008, czyli wczoraj pałki, dziś pałeczki

Marchewkowe bóstwo

jesień brama marchewka mostek życzenia

Rozczarowana japońskim chlebem, na śniadanie zjadłam ryż z mlekiem (tym pewnie Japończycy byliby rozczarowani). W drodze (dość naokólnej) na uczelnię zwiedziliśmy kolejną świątynię sintoistyczną. Żeby się do niej dostać, musieliśmy przejechać prze rondo (ale nie tylko dlatego droga była naokólna). Poruszanie się po rondzie wspak, choć przecież zgodnie ze wskazówkami zegara, to nie lada wyczyn, zupełnie nie wiedziałam, kiedy i którą rękę mam wyciągnąć i w którą stronę. Grunt, że nic nam się nie stało, a świątynia (czyli przede wszystkim ogród) warta była nadłożenia drogi. Odkryliśmy kolejny dziwaczny kult. Widzieliśmy już różne ofiary na przekupienie bóstw, co prawda królują monety, ale zdarzały się i butelki z alkoholem (albo całe beczki sake), własnoręcznie wykonane laurki, wizerunki krów, oklaski, ale żeby marchewka? To mogłoby tłumaczyć tak charakterystyczny kolor wszystkich bram i popularność motywu króliczka w elementach zdobniczych. Muszę koniecznie poczytać w internecie o roli karotenu w doktrynie sintoistycznej. Tymczasem załączam zdjęcie.

Unirowerek

Kampus uczelni to dziesiątki nowoczesnych budynków, niczym nie różni się od tych w Europie. No, może liczbą rowerów, bo tych jest prawie tyle, co w Pekinie (nigdy tam nie byłam, wiem tylko z piosenki). Warunki pracy naukowców odstają od polskich realiów, profesor ma biuro ze skórzanym kompletem wypoczynkowym, a pokój dla gości — wygodne fotele, lodówkę, biurek więcej niż gości i kilka komputerów mojej wymarzonej marki. Tylko klimatyzacja jakaś wschodnia; niezależnie od ustawionej temperatury nie da się określić, czy jest za ciepło, czy za zimno. Na pewno nie jest w sam raz. Obiad zjedliśmy na stołówce. Wzięłam (nie do końca świadomie) łososia, szpinak z suszoną rybą, która wyglądała jak... (osoby o wybujałej wyobraźni niech dalej nie czytają) ...jak naskórek, który odpada płatami po nadmiernym opalaniu. No i ryż wzięłam oczywiście i zieloną herbatę. Pierwszy raz publicznie jadłam pałeczkami i chyba więcej najadłam się strachu i wstydu niż tego obiadu. Mateusz jadł inną rybę i kapustę (pekińską). Bogatsi w kolejne doświadczenie kulinarne, spotkaliśmy się z profesorem, który rozumie drzewa (nazywa się Kumagai) i wręczyliśmy mu prezent z Polski: album ze zdjęciami, oraz nasze rodzime przetwory: ogórki kiszone, grzybki marynowane, żurawinę i konfiturę malinową. Pewnie zje to z rybą i ryżem, ale niech mu będzie.

Rękodzieło

Podczas popołudniowego samotnego spaceru zwiedziłam muzeum rękodzieła. Wejście jest za darmo, ale za to bardzo trudno je znaleźć. Przeróżne drogowskazy wskazują różne kierunki, ale wszystkie opisy są w ten sam sposób przetłumaczone na angielski: "Muzeum rękodzieła". Jak się już dotrze na wystawę, to okazuję się, że podpisy eksponatów są tylko po japońsku. Po angielsku jest zakaz robienia zdjęć. Japończycy oczywiście cykają. Na szczęście wszystkie szczegółowe opisy procesu produkcji wszystkich japońskich dzieł są po angielsku, a także alfabetem Braille'a. Kiepski z tego użytek, bo żadnych eksponatów nie można dotykać. Za to wszystkie mają ceny i można je nabyć w przymuzealnym sklepiku. Trzeba mieć tylko odpowiednią ilość pieniędzy. Gdy obejrzałam wystawę (okraszoną wideoprojekcjami), to zrozumiałam, dlaczego tyle to wszystko kosztuje. Ręcznie tkane kimona ze skomplikowanymi wzorami, haftowane pasy, tkaniny farbowane przez kilkukrotne nakładanie, zmywanie, utrwalanie farb i wosków, wyplatane z kolorowych strun ozdoby do włosów, ręcznie plecione wielobarwne sznury i minikrajobrazy z barwionego cukru i ryżu — wszystko to robi ogromne wrażenie, szczególnie, jeśli obejrzy się (chyba przyspieszony) film, na którym jakiś skośnooki swoimi małymi rączkami robi cały wachlarz w kilkadziesiąt sekund. Ja kupiłam tylko papier do origami, na nic więcej nie było mnie stać. Ale wszystko jeszcze przede mną, oglądałam ogłoszenia o warsztatach tutejszego rękodzieła, z których można zebrać dzieło swoich rąk, a właściwie je kupić, bo 2 godziny warsztatów kosztują jakieś 100 zł.

Jak się pisze olej sezamowy

Na kolację znów zaplanowaliśmy sushi, nasz chleb powszedni. Chcieliśmy dokupić olej sezamowy, ale już raz ponieśliśmy na tym polu porażkę, nie mogąc odróżnić go od tysiąca innych cieczy opisanych mnóstwem znaczków. Dziś wzięłam się na sposób i na japońskiej Wikipedii (wchodząc jednak przez polską) sprawdziłam, jak się pisze po japońsku olej sezamowy. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze przyda mi się ta wiedza, nawet nie umiem przeczytać tego napisu, ale olej mamy. Do picia kupiliśmy sake (tam nam się przynajmniej wydaje). Dostałam ostatnią szansę wybierania napoju, ale z limitem 200ml. Zawartość zielonego słoiczka smakowała mocno rozwodnioną wódką, ale nadawała się do spożycia. Poczytaliśmy już na polskiej Wikipedii, z czego i jak to się robi. Podobno w produkcji (bo nie w smaku) sake podobne jest do piwa i wina. Polskie nazywanie go japońską wódką nie ma żadnego uzasadnienia, bo to nie destylat. A w Japonii sake oznacza podobno każdy napój alkoholowy i zależnie od regionu może być przygotowywane za1równo z ryżu, jak i z ziemniaków lub trzciny cukrowej. Dziwne, że Japończycy nie wymyślili, że ziemniaki nadają się także do jedzenia, a nie tylko do picia. Jedzą za to coś, co my pijemy (ale tylko jak musimy), mianowicie tran. Dziś oprócz sushi kupiliśmy sałatkę: ryż, krewetki, imbir, kiełki, grzyby i takie małe bursztynowe kulki. Kulki wydają się sprężystymi galaretkami, ale po ściśnięciu pękają i wylewa się z nich tran. To takie jakby naturalne kapsułki ze słynnym preparatem prozdrowotnym. Świństwo, ale przynajmniej rozumiem, dlaczego Japończycy tak długo żyją.

Cybersiku

toaleta panel sterujący

umywalka Na koniec kilka słów o naszym moteliku. Pokój rzeczywiście jest malutki, ale jest pościel, internet i komputer. Ponadto na wyposażeniu pokoju mamy: dwa tomiki poezji po japońsku, pluszową świnię, nożyczki, czajnik, lodówkę, 4 koce, stoliczek, szafeczuńkę, wazelinę i papier do kaligrafii. Budynek raczej zaniedbany, ściany niemalowane od lat, w kranie zimna woda, a umywalnia wygląda jak na zdjęciu obok. Za to toaleta... Tuż obok umywalki za magicznymi drzwiami zgromadzona jest cała japońska technologia dostępna w tym budynku. Klapa podnosi się na fotokomórkę, gdy tylko pomyśli się o sikaniu i zbliży do niej. Deska jest podgrzewana (na panelu można regulować temperaturę), są wszystkie funkcje z toalety na lotnisku plus spuszczanie wody. Na drzwiach wisi opasła instrukcja (krzaczkami), panel też ma opisy po japońsku, ale emotikonka z pośladkami nad fontanną jest dostatecznie sugestywna. Japończycy przyjeżdżający do Europy po wizycie w toalecie muszą się czuć jak my w Afryce, kiedy oglądamy ich dziury w ziemi z wiaderkami do spłukiwania.

Natomiast w łazienko-kuchni rządzi japońskie rękodzieło. Właściciel sam zautomatyzował wszystkie urządzenia, a właściwie zautomatyzował pobieranie opłaty za korzystanie z nich. Żeby wziąć ciepły prysznic, trzeba wrzucić (na zewnątrz budynku) 100 jenów, czyli 3 zł i przez 10 minut powinna lecieć ciepła woda. Leci na przemian wrząca i zimna, czyli statystycznie w porządku. Dodatkowe bicze wodne gwarantowane, bo tu się zwiększa i zmniejsza strumień wody odwrotnie niż u nas, więc jak woda zaczyna parzyć lub mrozić, spanikowany kąpacz zawsze odruchowo odkręca ją na maksimum. Z pralki i suszarki jeszcze ni korzystaliśmy, ale też są na monety. Urządzenie do pobierania opłat za gaz do kuchenki jest tak wiekowe, że kwota, do jakiej jest dostosowane, dawno się zdewaluowała i teraz monety leżą pod skrzynką i krążą w obiegu zamkniętym. Może właściciel żyje z odsetek? Jedno światło jest na fotokomórkę, drugie zapala się na drugim końcu pomieszczenia, światło pod prysznicem zapala się nad zlewem. A na korytarzu pachnie Chinami (już pisałam, że nie byłam, ale tak mi się kojarzy).