Dzienniki Kiotijskie:
25.11.2008, czyli o moim pierwszym samotnym spacerze, podczas którego zatrzymała mnie policja

Na migi z policjantem

Na śniadanie spaliliśmy garnek, zjedliśmy jajecznicą i bułkę (tę za 12 zł), która okazała się być bez soli, za to z suszonymi owocami. Razem pojechaliśmy szukać uniwerku. Trasa wiodła wzdłuż rzeki, w której brodzą dziesiątki czapli (więcej o ptakach jutro, bo planujemy poranny spacer fotograficzny). Pod mostami mieszkają ludzie, mają często nawet ogrodzone domostwa skonstruowane z plandek, kartonów i resztek drewna. Jeszcze nie wiem, czy ci bezdomni tańczą butoh, ale postaram się to wybadać. Pod uniwerkiem rozstałam się z Mateuszem na kilka godzin i zaopatrzona w karteczkę z adresem naszego motelu, nieco podartą już mapkę i aparat fotograficzny, ruszyłam w miasto. Nie przejechałam kilometra i zatrzymał mnie policjant (zrobił to w bardzo grzeczny, żeby nie powiedzieć uniżony sposób). Grzecznie zsiadłam z roweru, myśląc, że pewnie przyczepi się tego, że jadę chodnikiem (podobnie jak setki jadących koło mnie, a jednak nie zatrzymanych Japończyków). Policjant nawet nie umiał mi po angielsku odpowiedzieć na pytanie, czy mówi po angielsku. Nawijał coś po japońsku, a ja nic nie rozumiałam i patrzyłam na niego wielkimi oczami jak postać z mangi. Aby mi pomóc, zaczął mówić coraz wolniej i wyraźniej, kilkakrotnie powtarzając najważniejsze słowa. Pewnie między nimi mówił "Patrz mi na usta". Oczywiście od razu chciałam mu pokazać paszport, ale nie był zainteresowany. W końcu pokazał palcem na moje zapięcie od roweru i powiedział coś, co brzmiało jak "key". Pokazałam klucz do zapięcia, on pokiwał głową, więc chciałam odjechać, ale on wtedy kiwa, że nie. Zaczął się przyglądać przodowi mego wehikułu. Wreszcie odważył się pokazać mi ręką, że mam odwrócić kierownicę. Zczytał wszystkie numery i napisy na ramie i pokiwał głową. Miałam nadzieję, że to koniec, ale ponownie przyczepił się tego zapięcia i pokazał kieszeń, w której trzymałam klucz. Zademonstrowałam mu, jak można tym kluczem otworzyć i zapięcie i zwrócił mi wolność. Nie muszę chyba wspominać, że w czasie całej tej scenki on ciągle gadał po japońsku, a ja próbowałam mu coś wytłumaczyć po angielsku. Z władzą się tu nie dogadam, ale jak mi ktoś buchnie rower, to na pewno go znajdą. Najgorsze, że do Mateusza roweru przyczepione jest jedno zapięcie, do którego nie ma klucza. Jak widzi policję, niech lepiej wieje, ile sił w nogach.

Świątynia miliona razy i świątynia piłki nożnej

śliniaki ołtarz Nieco oszołomiona ruszyłam dalej. Po drodze wstąpiłam do jakiejś świątyni buddyjskiej, która, jak wynikało z o dziwo angielskiego opisu, nazywała się po japońsku „miliona razy”, bo jakiś mnich modlił się w niej milion razy, żeby wygnać epidemię. Podobno mu się udało i podobno nie trwało to aż tak długo. Widać mają krótsze pacierze. Teraz w świątyni też się ktoś modlił. Bałam się zajrzeć do środka, ale posłuchałam sobie ich osobliwych śpiewów: czegoś na pograniczu wezwań muzułmańskich do modlitwy i muzyki hinduskiej. Pooglądałam boczne ołtarzyki. Przed jednym stały dziwne figurki przyodziane w śliniaczki. Obok świątyni było przedszkole, więc pomyślałam, że to może jakiś specjalistyczny obrządek, ale potem gdzie indziej widziałam jeszcze posągi krów w śliniaczkach, więc moja hipoteza upadła. Przed innym ołtarzem ktoś ustawił dziwaczny zestaw przyrządów. Ktoś ma jakiś pomysł, do jakiego rodzaju obrzędów mogą służyć dwa wiadra, plastikowa butelka, kubki, szklanki, słoiki, wazon, świeczniki, ręcznik, kadzidło i kwiaty?

piłki na ołtarzu boisko

Zajrzałam też do świątyni, której założyciel zajmował się podobno przed wiekami promocją sportu, a dokładnie czegoś przypominającego piłkę nożną. Obok głównego budynku było żwirkowe (bo jakżeby inaczej) boisko a na ołtarzu zestaw piłek i pucharów. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby u nas w kościele pod rzeźbą patrona strażaków ktoś mógł położyć sikawkę. Ale co kraj, to obyczaj.

Wołowina na hemoroidy i lumpeks z kimonami

maski
kwiatki

Moim dzisiejszym celem był odbywający się raz w miesiącu pchli targ. Okazał się kilkukrotnie większy, niż oczekiwałam i niesamowicie zróżnicowany. Pośród oparów smażenia makaronów, pieczenia kasztanów i suszenia ryb stały setki straganów, mnóstwo sprzedawców pokrzykiwało coś, a Japończycy, oczywiście na klęczki lub w kucki, wybierali towary. Kupić można było między innymi: całe mandarynki w cukrze, używane kimona, omlety z rybą, dzbanki na herbatę, plastikowe maski, zioła, jedwabne sznurówki (ręcznie szyte, jeśli ktoś sobie umie wyobrazić, że można uszyć sznurówkę), brązową lepką maź, grzyby (z blaszkami), herbatę, torby z kory drzewa (za kilka tysięcy PLN sztuka), samurajskie miecze, szmaciane japonki, wschodni masaż na materacu, niby pomidory o smaku melona i wiele innych rzeczy, których nie udało mi się zidentyfikować lub zapamiętać. Zakupiłam ręcznie robione kwiatki jedwabne o średnicy kilkunastu milimetrów (wybrałam największe), każdy z uformowanymi płatkami i środkiem z koralika. Są na jednym ze zdjęć. Były też miniaturowe (3 cm) kimona oddane ze wszystkimi szczegółami. Gdybym próbowała wyciąć wystarczająco mały kawałek jedwabiu, to chyba składałby się z samych strzępów. Ale ja mam dużo większe niż przeciętny tubylec stopy, więc także i większe dłonie.

Po zakupach zajrzałam do świątyni, pod którą był targ i w której byliśmy wczoraj wieczorem. Za dnia, pełna ludzi, nie robiła już takiego wrażenia. Panował odpustowy klimat, lecz moją uwagę zwróciła kolejka pod kamienną krową. Kolejni ludzie podchodzili do niej, masowali ją w jakimś miejscu, a następnie siebie w analogicznym. Wyglądało to dość komicznie, szczególnie że jeden z kuracjuszy cierpiał na jakieś schorzenie okolic pupy.

Japoński smak

kamieniarz
placki

W drodze powrotnej widziałam i sfotografowałam wystawę kamieniarza. Dziwaczna współczesna estetyka japońska wkrada się we wszystkie dziedziny życia. Postanowiłam też się jej poddać. Zakupiłam plik tutejszych papierów ozdobnych i notesów. Tegoroczne kartki świąteczne będą więc złoto-różowe z kwiatkami i króliczkami (to tu motyw równie popularny i poważny jak kwiatki, występuje na odświętnych kimonach i serwisach herbacianych, choć nam jednak kojarzy się głównie z jednymi króliczkami), obklejone kolorowymi malutkimi naklejkami.

Na obiad (Mateusz jadł na uczelni podobno nie całkiem surową rybę) jadłam podgrzane w mikrofalówce kluski z supermarketu. Jak przewidziała nasza amerykańska sąsiadka i jak się później sami przekonaliśmy, były wypełnione mięsem i czosnkiem (ciasto oczywiście ryżowe, ale do tego już przywykliśmy). Przyznam, że były całkiem smaczne. Do nich zakupiłam kolejny dziwny napój (po cydrze i czymś białym o smaku donalda rozpuszczonego w śmietanie): lekko sfermentowany sok z jabłek. Kosztował jakieś 15 zł, nie da się go wypić i Mateusz zabronił mi wybierać napoje w sklepie. Na kolację znów było sushi, znów wyśmienite. Sami ugotowaliśmy ryż (wyszedł kleik, choć dwa razy płukaliśmy). Dodam, że ryż jest tu kilkukrotnie droższy i krótszy niż w Polsce (przy czym droższy bardziej niż krótszy). Może powinniśmy eksportować ryż do Japonii? W sklepie Mateusz wykazał się zdolnościami komunikacyjnymi na poziomie podobnym policjantowi. Udało mu się dowiedzieć od rozchichotanych ekspedientek (tak podobno okazuje się tu zakłopotanie), gdzie jest marynowany imbir. Pokazał im palcem na malutkie zawiniątko, które dodawane jest do każdego zestawu sushi. Byłam pod wrażeniem, bo imbir uwielbiam.