Dzienniki Kiotijskie:
23.11.2008, czyli o klaskaniu do boga i bułce za 12 zł

Ogródki japońskie

Przed domem japońskim Przed domem japońskim

Sztuka figuratywna w ogródku japońskim Po późnym śniadaniu — reszcie ohydnego chleba z dobrym dżemem — wybraliśmy się na pierwsze zwiedzanie. Mój plan zakładał obejrzenie trzech świątyń na północnym zachodzie, blisko siebie i nas. Jak się potem okazało, to tak jakby chcieć zwiedzić kościoły Rzymu, Paryża i Krakowa w jeden dzień. W drodze (oczywiście rowerowej) przyglądaliśmy się miejskiej zabudowie, czyli mnóstwu malutkich domków stłoczonych jeden przy drugim i rozdzielonych jeszcze mniejszymi płotkami. Ponieważ dla Japończyków bardzo ważne jest posiadanie ogródka, niemal przed każdym z nich rosły duże bonsai (duże jak na bonsai) i mnóstwo roślinności w doniczkach oraz stały japońskie odpowiedniki naszych krasnali. Zaraz potem mieliśmy okazję przekonać się, czego naśladownictwem miały być te ogródki.

Świątynia spoza planu

Dzieci w kimonach Dzieci w kimonach Dzieci w kimonach
Brama Latarnie

Latarnie Podczas poszukiwania pierwszej świątyni natknęliśmy się na parking, kamienne „latarnie” i bramę, czyli japońskie zapowiedzi świątyni. Za bramą był ogród, kilka sakralnych budynków i mnóstwo dziewczynek w kimonach, białych skarpetkach i klapkach, którym rodzice robią zdjęcia. Po wgłębieniu się w przewodnik sądzimy, że był to sintoistyczny chram (bo wierni klaszczą dwa razy przy modlitwie, brama wygląda jak ta najpopularniejsza w Japonii - dwa słupki i dwie poziome pałki, wszyscy dzwonią w zawieszone w różnych miejscach dzwony, nie ma grabionego żwiru, kamienie nie są istotną częścią ogrodu, lecz leżą na poduszkach, a wierni je głaszczą, wszędzie wiszą karteczki i tabliczki z życzeniami), a nie świątynia buddyjska (gdzie jest grabiony żwir, mnóstwo grabionego żwiru, kamienie są najważniejszą częścią ogrodu, ale nie wolno ich dotykać, wierni nie klaszczą, tylko piją herbatę, i trzeba płacić za wstęp). Między budynkami rosły przepiękne drzewa z czerwonymi liśćmi. Japonię chyba warto zwiedzać jesienią, mimo tego, że nie jest to pora kwitnienia wiśni.

Prawdziwy japoński ogród

Drzewo Liście Liście Ogród Ogród

Świątynia, której szukaliśmy, znajdowała się niedaleko i rozpoznaliśmy ją po tych samych znakach. Okazała się kompleksem 23 świątyń, z których podobno można zwiedzać osiem pobocznych (główna jest zamknięta dla turystów), my zwiedziliśmy trzy, każdą za 400 jenów (kilkanaście złotych) od osoby. Każda ma własny ogród, do którego można zajrzeć przez bramę, zamkniętą bambusowym szlabanem. Przed zwiedzeniem, poza opłaceniem wstępu, trzeba koniecznie zdjąć buty i zostawić je na specjalnej półeczce (jak w przedszkolu). Wewnątrz nie ma żadnych opisów po angielsku, ale przy wejściu można dostać europejską broszurę z mapką opisaną już po japońsku, więc mało pomocną. Wczytując się w opisy i słuchając pseudoangielskich objaśnień mnisich przewodników, próbowaliśmy zgłębić istotę japońskich ogrodów. Są to przyległe do budynków ogrodzone tereny zasypane grabionym żwirem (który symbolizuje morze lub rzekę, a dalej spokój, przemijanie czy tysiące innych rzeczy). W żwirze stoją kamienie (średnio jakieś półmetrowe), które przedstawiają człowieka, żółwia, ptaka, wyspy, łódki, mostki, krowy i inne, a te z kolei symbolizują na przykład buddę (3 kamienie) lub walkę z przemijaniem (jeden kamień podobno podobny do leżącej krowy). Między niektórymi kamieniami lub na nich rosną drzewka i krzaczki, zaaranżowane zupełnie inaczej niż zwykli to robić nasi ogrodnicy, czyli nie rosną w dzikim gąszczu, lecz starannie przecięte pojawiają się tylko gdzieniegdzie. W jednym ogrodzie pod grabionym żwirem podobno zakopany był posąg Matki Boskiej, co miało być dowodem zaakceptowania przez mnichów faktu, że fundator ogrodu w wieku 46 lat nawrócił się na chrześcijaństwo. Ja tego wszystkiego nie rozumiem, ale muszę powiedzieć jedno: ogrody zen (bo to podobno naprawdę jest zen, a nie taki niby zen, jakim my nazywamy mało umeblowane wnętrza z białymi ścianami) działa uspokajająco i chciałoby się w takim ogrodzie siedzieć godzinami, rozmyślając i popijając zieloną herbatkę.

Świątynia, czyli miejsce, gdzie się można napić herbaty

Salon herbaciany Same świątynie buddyjskie to parterowe domy takie, jakie sobie wyobrażamy, myśląc o japońskich domach. Wszystkie ściany się przesuwają. Zrobione są z drewna, zdobionego ołówkową grafiką papieru, albo tych słynnych kratownic oklejonych papierem. Jedna z grafik na drzwiach jest podobno tak cenna, że kiedyś Japonia wymieniła ją z Francją na Wenus z Milo. Myślę, że ani europejczycy zwiedzający Luwr nie byli z tego specjalnie zadowoleni, ani tym bardziej Japończycy, którzy w tym czasie pili herbatę w jednym z buddyjskich pawilonów, patrząc na gołą babę bez ręki. Bo główną rolą buddyjskich świątyni jest umożliwienie mnichom rozmyślań. Dlatego na budynek składają się pomieszczenie służące parzeniu i podawaniu herbaty (nie pije się jej wcale w ogrodzie w cieniu drzewka, siedząc na kamieniu, lecz na klęczki w środku, podziwiając ogród przez okno) oraz zmywaniu po herbacie (są do tego przeznaczone specjalne pokoje z zabytkowymi podłogowymi zlewami z bambusów). Niestety mimo zwiedzenia trzech takich świątyń jeszcze nie umiemy rozróżniać budynków z XIII wieku od tych z XIX. Pocieszamy się, że Japończycy pewnie mają podobne problemy z odróżnieniem gotyku od klasycyzmu w naszych kościołach.

Restauracja, czyli miejsce, gdzie na pewno nie można się napić herbaty

W drodze na kolację wstąpiliśmy do obiecującej „boulangerie” z nadzieją znalezienia normalnego chleba. Chleba innego niż ten ze śniadania nie było, za to były bułeczki typu ciabatta po 100 jenów (ponad 3 zł) i krótkie bagietki z ziarnami za 360. Kupiliśmy bagietkę, zjemy jutro. Na pierwszy posiłek w japońskiej restauracji wybraliśmy lokal niedaleko nas o nieco fastfoodowatym wyglądzie. Jasco mówi, żeby nigdy nie iść do restauracji ze zdjęciami jedzenia. Ale co, jeśli nie ma też żadnych opisów w znanym Ci języku? Z dwojga złego lepsze zdjęcia niż np. nieświadome zamówienie psa. W restauracji żaden kelner nie umiał słowa po angielsku. Przysłali nam kucharza, który znał dwa słowa, ale za to niezbyt umiał obsługiwać gości. Pokazał nam kartkę z ofertą bez zdjęć i jedyne, co objaśnił, to że właśnie to jest dziś „recommended”. Nie udało nam się nakłonić go do połączenia japońskich opisów na karcie ze zdjęciami talerzy z surowym mięsem z menu. Zamówiliśmy pierwsze dwie potrawy z listy, potem za jego radą także ryż i sałatkę oraz zieloną herbatę. Na początek postawili nam na stole grilla. Potem przynieśli herbatę z lodem (ciepłą chyba jednak pije się tylko w herbaciarniach i u mnichów) i dwa talerzyki: na jednym jakieś dwie łyżki tatara z jajkiem, na drugim 5 plastrów mięsa o wymiarach 4x4x0,5 cm. Kelnerka na migi zakazała mi tatara smażyć (szkoda, zrobiłabym sobie mielonego). Zjadłam go z sosem sojowym (pałeczkami), bardzo dobry, choć porównania nie mam, bo to był mój pierwszy w życiu. Mięso usmażyliśmy, było wyśmienite. Sałatka też ok (nic dziwnego, nazywała się francuska, jeśli dobrze zrozumieliśmy). Po powrocie do domu chcieliśmy sprawdzić, czy to normalne, że za przekąskę, którą wcale się nie najedliśmy, zapłaciliśmy 3220 jenów (czyli jakieś 100 zł). W przewodniku piszą, że obiad dla jednej osoby kosztuje tu 5000-10000 jenów (czyli kilkaset złotych), czyli wszystko jasne. Ale podobno jedzenie w barach szybkiej obsługi i gotowe ze sklepu jest tańsze, czyli z głodu nie umrzemy. Podobno też mięso jest dużo droższe niż ryba, czyli następnym razem jeśli coś, to sushi!