Dzienniki Kiotijskie:
22.11.2008, czyli o największych osiągnięciach japońskiej elektroniki

Lot

Lot był mało japoński, co prawda podawano zieloną herbatę i posypkę z wodorostów do zielonego makaronu, ale siedząca obok nas pani śmiała jeść go widelcem, filmy były z angielskimi napisami, leciał w nami lapoński Mikołaj, a z toalety nie korzystałam, więc nie wiem. Dlatego swoją relację postanowiłam zacząć od momentu wylądowania, a może bardziej wodowania, bo lotnisko w Osace znajduje się na sztucznej wyspie i właściwie do końca nie wiadomo, czy leci się wodolotem, czy pilot żartuje, czy to po prostu japońska technologia...

...technologia. Japońska technologia zaraz po wylądowaniu pobiera także od każdego odciski palców (ściślej palców wskazujących obu rąk, bo takie pytanie jako niedoświadczona kryminalistka zadałam zdziwionemu strażnikowi) i robi zdjęcie (tylko od frontu, a i tak pewnie lepsze niż w polskim paszporcie). Zdjęć nie dostaliśmy, może dadzą nam na pamiątkę przy wyjeździe?

Klop

Pierwszą rzeczą, jaką chcieliśmy zrobić po przekroczeniu granicy, a może bardziej po wielogodzinnej podróży, było udanie się tam, gdzie król lub raczej cesarz chodzi piechotą. W kabinie tuż obok muszli znajduje się panel sterowania, największy cud japońskiej techniki. Przy jego pomocy udało mi się ustawić moc strumienia przy funkcji bidetu, temperaturę wody, głośność dźwięku spłuczki, opuścić i podnieść klapę, podnieść i opuścić deskę, ale nie udało mi się spuścić wody, nawet przy użyciu dwóch opisanych jedynie po japońsku dodatkowych przycisków. Na lotnisku jest jedna zupełnie niejapońska rzecz — zakaz fotografowania. To pewnie dlatego Japończycy z taką lubością uwieczniali wszystkie szczegóły terminalu w Helsinkach.

Komunikacja

Z lotniska do Kioto dostaliśmy się pociągiem. Bilety kupuje się w automatach z opisami tylko po japońsku. Całe szczęście cyfry są takie same jak u nas, a na innej tablicy można znaleźć nazwy miejscowości w zapisie łacińskim z cenami. Wybraliśmy więc bilet wg ceny. Potem dowiedzieliśmy się, że na pociąg ekspresowy i tak dokupić trzeba jeszcze dopłatę, ale ani w automacie, ani w okienku, tylko u konduktora. Razem przejazd z lotniska do centrum Kioto dla jednej osoby kosztuje około 3000 jenów (czyli w tej chwili, a to się szybko zmienia, niecałe 100 zł). Ale płaci się pewnie przede wszystkim za obsługę. Konduktor przy każdym wejściu i wyjściu z wagonu staje w drzwiach, kłania się ze złożonymi rękami i mówi chyba jakieś miłe rzeczy. Na stacji przy każdych drzwiach pociągu stoi uśmiechnięta pani i wita każdego z osobna w Kioto. Na razie taka uprzejmość raczej mnie krępuje niż uszczęśliwia.

W autobusie miejskim napisów niekrzaczastych nie ma już żadnych, całą drogę bawiliśmy się w dopasowywanie znaczków na elektronicznej tablicy do tych na zapisie trasy. Na początku odseparowaliśmy powtarzający się ciąg (pewnie jakieś „następny przystanek to:”), a potem porównywaliśmy „tu jest taki sam świecznik na początku, tu też jest ludzik z klepsydrą na końcu, a w środku pi wystające z telewizora”. Grunt, że najprawdopodobniej nikt nas nie rozumiał i że wysiedliśmy na dobrym przystanku! Co ciekawe, za przejazd płaci się przy wysiadaniu, u nas pewnie by to nie przeszło.

Nocleg

Drzewa Motel (bo raczej nie hotel) też znaleźliśmy bez kłopotów, gorzej z właścicielem, który podał tylko numer telefonu. Pomógł nam młody Japończyk, który zadzwonił do niego ze swojej niezwykle zaawansowanej technologicznie komórki. Myśmy też chcieli mu pomóc w naprawieniu siodełka od roweru, ale bez powodzenia. Pomógł właściciel, który dał mu inny rower, a ten felerny, jak się potem okazało, pożyczył mi. Właściciel prawie nie mówił po angielsku i żeby nam to wynagrodzić jeszcze więcej się kłaniał i przepraszał, i bardziej nerwowo biegał. Zawiózł nas nawet do bankomatu, gdzie bez problemu wypłaciliśmy pieniądze z gadającego bankomatu (tu gada wszystko, nawet karetka na sygnale, oczywiście po japońsku). Nie wiem, co mówił, może odczytywał na głos mój pin i stan konta?

Od właściciela pożyczyliśmy rowery, po jakieś 60 zł sztuka za trzy tygodnie, czyli chyba tanio. Rowery są w standardzie japońskim, bo nawet na naprawieniu, siodełko wysuwa się o jakieś 15 cm za mało. Ale są chyba najlepszym środkiem transportu po mieście. Jeździ się po ścieżkach, a tam, gdzie ich nie ma, raczej po chodnikach, ale zawsze lewą stroną. Jakby tego było mało, sygnalizatory znajdują się za skrzyżowaniem, więc łatwo je przeoczyć. W Kioto tylko nieliczne (bardzo nieliczne) ulice mają nazwy, wszystkie domy w mieście po prostu są ponumerowane zgodnie z jakimś tutejszym porządkiem. My go nie rozumiemy, więc na razie wiemy, że mieszkamy na „trzeciej za pocztą w prawo, koło takiego parkingu, za pracownią szkła w lewo, obok pana na drabinie”, choć ta ostatnia wskazówka jutro może okazać się nieaktualna. Pan na drabinie przycina takie drzewka, jak te obok i jakie rosną tu przy każdym domu.

Zakupy

kolacja Zwiedzanie zaczęliśmy od sklepu spożywczego. Kupiliśmy różową marchewkę, ryżowy ale bez koloru makaron, imbir marynowany, który okazał się chyba marynowaną rzodkiewką, sos sojowy, jakiś chyba olej, kimci (lekko kiszoną kapustę z nielekkim chili), zieloną herbatę, sos sojowy, mleko o smaku zboża (może sojowe?), chleb tostowy (potwornie drogi, w smaku gorszy niż brytyjski i pokrojony w trzycentymetrowe kromki) i dwa japońskie piwa. Nie kupiliśmy mamuciej rzodkiewki (wygląda jak nasza tylko w skali 20:1) ani innych rzeczy, co do których nawet nie zgadujemy, czym są. Napisów po angielsku na żywności nie ma żadnych. Wszystko zjedliśmy po usmażeniu przy pomocy ślicznych pałeczek w paski, widelców, noża i rąk. Było pycha jak na pierwszy samodzielnie przygotowany obiad japoński (no, może z wyjątkiem piwa).