Dzienniki Kiotijskie:
15.12.2008, czyli zakończenie wysokimi lotami

Jestem w tej chwili 11 km nad północnym krańcem Uralu. Nie mam pojęcia, która jest godzina; w Kioto 19.36, w Helsinkach 12.36, ale tu? A nad biegunem? Tam nie ma godziny?

Głowa do interesów

Ale zacznę może od początku dnia. Wstaliśmy bardzo wcześnie, zjedliśmy śniadanie, skończyliśmy pakowanie, zważyliśmy walizki. Jesteśmy trochę do przodu po tym wyjeździe, Mateusz nieznacznie przytył, bagaż walizkowy urósł nam o jakieś 8 kg, podręczny też kilka kilo, a ja trochę schudłam, ale o mniej niż nabrali razem Mateusz i bagaż. Na stację pojechaliśmy metrem, pierwszy raz w Kioto. Miasto ma bardzo sprytny patent na zmuszenie ludzi do kupowania biletów okresowych: cena biletu jednorazowego zależy od trasy, nie ma stref, ale są taryfy na różne liczby przystanków. Na stacji metra jest prosty schemat trasy (są tylko dwie linie) i skomplikowany taryfikator. Żeby ludzi do czegoś zniechęcić, wystarczy uczynić to dostatecznie skomplikowanym. Na dworzec dojechaliśmy ze sporym zapasem czasu, bo zostało nam w portfelu jakieś cztery tysiące jenów, czyli za mało na bilet kolejowy. Mieliśmy ponad pół godziny, żeby znaleźć kantor lub bankomat, więc niczego się nie obawialiśmy. Po pół godziny bezskutecznego szukania kantora i straszenia Japończyków pytaniem, czy mówią po angielsku, znaleźliśmy trzy bankomaty. Tylko jeden miał interfejs angielski (inne może też, tylko przycisk zmiany języka był opisany po japońsku). Na każdą proponowaną kartę grymasił i odpowiadał, że jej nie obsługuje. Moglibyśmy może zapłacić kartą za bilet w automacie, ale nie można w nim kupić biletów na ekspres, dopłatę kupuje się u konduktora, a na lotnisko nie jeżdżą osobowe. Poszliśmy do punktu obsługi klienta, ale nikt nie mówił po angielsku. Zdesperowani zapytaliśmy starszego pana w garniturze o kantor, a on zaproponował nam wymianę: 50 dolarów za 5000 jenów. Żadna ze stron transakcji nie znała dokładnego kursu. Mateuszowi przez chwilę wydawało się, że będziemy stratni, ale powstrzymaliśmy się od negocjacji, czując wielką wdzięczność wobec dżentelmena, który wybawił nas z opresji. Na lotnisku znaleźliśmy kantor i sprawdziliśmy, że w rzeczywistości ten miły jegomość nie tylko uratował nas dziesięć minut przed odjazdem pociągu, ale także postawił nam niejako przekąskę, jaką kupiliśmy za ostatnie jeny na lotnisku. W kantorze dostalibyśmy na nasze jakieś 12 zł mniej.

Hiperuprzejmość

Nasze ostatnie chwile w Japonii tambylcy postanowili wykorzystać na zapadnięcie nam w pamięć swoją charakterystyczną uprzejmością. Wysiadając z pociągu, zostaliśmy pożegniani przez panią z obsługi, potem przy bramkach wyjściowych podziękował nam jeszcze pan. A w sklepie Lawson Japończycy przebili już samych siebie, Kiedy wchodzi się do sklepu czy restauracji, wszyscy pracownicy, nie tylko ci pracujący blisko drzwi, witają klienta i kłaniają się mu. W Lawsonie na lotnisku obsługa, wykładająca sushi w lodówkach, kłaniała się i mówiła „Konichiwa”, chociaż nikt nie wchodził do sklepu. Po prostu gromadnie wymieniali uprzejmości z ryżem zawiniętym w wodorosty.

Terrorystyczna zapalniczka

Kontrola na lotnisku Kansai wykazała się niesamowitą czujnością. Najpierw na rentgenie bagażu podręcznego wykryli nam cztery puddingi z mango, które o 18 gramów przekraczały limit na żele i płyny. Gdybyśmy to przewidzieli, zjedlibyśmy je wcześniej. Potem przy wsiadaniu na pokład zostałam poproszona na bok, gdzie wskazano mi walizkę, którą wcześniej nadałam i objaśniono, że w środku chciałam przemycić zapalniczkę. Co ciekawe, pozwolono mi ją zabrać na pokład (pod warunkiem, że nie mam drugiej), choć tu wszędzie obowiązuje zakaz palenia. Całe szczęście wcześniej udało nam się nadać parasole. Niestety zapomnieliśmy o nożu, który już sami wyrzuciliśmy na lotnisku.

Z chmur nad Uralem

Wystartowaliśmy bez problemu i wypiliśmy lampkę wina za udany lot. Potem zjedliśmy kotleta z ryżem, sałatkę, makaron, bułkę i galaretkę jabłkową. Jak na samolotowe jedzenie smakowało naprawdę nieźle i dużo łatwiej było je zjeść pałeczkami, choć podano też sztućce. Może pałeczki zyskały taką popularność w krajach o największej gęstości zaludnienia właśnie dlatego, że potrzeba dużo mniej miejsca na ruchy łokciami. Potem przespaliśmy amerykański film („Mumia”), za to obejrzeliśmy produkcję japońską i fińską. Ta wschodnia opowiadała o relacjach dorastającej córki z ojcem, ale nas zaskakiwał przede wszystkim sposób prowadzenia japońskiej rozmowy (choć może to kwestia dziwnego angielskiego tłumaczenia) oraz filmowania i montażu. Drugi film przedstawiał historię Świętego Mikołaja i był raczej przeznaczony dla dzieci. Ja przepłakałam połowę, marząc o zbliżających się świętach.

Przepraszam za przerwę w pisaniu, ale nad Archangielskiem podali drugi obiad, tym razem z europejskiej strefy czasowej. Menu też było europejskie: makaron z warzywami, pełnoziarnista bułka z masłem, brak pałeczek. Do tego zakosztowaliśmy fińskiego piwa — naprawdę niezłe (a może to kwestia kontrastu z japońskim). Za oknem widać tylko chmury i strumień ciepłego powietrza z silnika mieszający się z minussześćdziesięciostopniową atmosferą. Wcześniej widoki były niewiele ciekawsze. Nad kontynentem lecimy cały czas nad Rosją: najpierw podziwialiśmy bezludne góry, potem tundrę, w której z trudem wypatrzyliśmy jedną oświetloną wioseczkę. Ludzie w niej żyjący mają do najbliższej cywilizacji pewnie z dzień podróży. Tak jak my do domu.

Kurioza zaległe

Zostało mi jeszcze do opisania kilka japońskich kuriozów, a że wyświetlają teraz propagandowe filmiki o Mikołaju i fińskim dizajnie oraz mapkę z miastami opisanymi po Japońsku, to mam wreszcie chwilę czasu.

Parki tematyczne
Sztuczna góra w Osace
Japończykom duma z własnego kraju i kultury wcale nie kłóci się z wiernym naśladownictwem innych, żeby nie powiedzieć małpowaniem. W wielu miastach za ogromne pieniądze powstają nieco zminiaturyzowane (zapewne ze względu na gabaryty samej Japonii i jej mieszkańców) wierne kopie miejsc z całego świata. Różnią się od oryginału tylko ogrodzeniem i opłatą za wstęp oraz oczywiście brakiem autentyczności. Za sporą sumę można np. zwiedzać kopie jednego z miast holenderskich z identycznymi kamieniczkami, kościołami i knajpkami. Będąc w Narze, zobaczyliśmy z góry dziwną, jakby plastikową górę, wyrastającą ponad miasto i zupełnie nie pasującą do otoczenia. Potem udało nam się odnaleźć ją na Google Earth i przeczytać, że dwadzieścia lat temu zbudowano tam kopię Disneylandu, z drewnianą kolejką, wodną zjeżdżalnią, tandetnymi dekoracjami i barami z hamburgerami, ale oczywiście bez Myszki Mickey, bo tej strzegą prawa autorskie. Kilka lat temu lunapark zamknięto, bo nie przynosił wystarczających dochodów. Znaleźliśmy w internecie fotorelację zwiedzających Amerykanów, którzy byli tego dnia jedynymi turystami. Teraz sztuczna góra naśladująca amerykański krajobraz straszy mieszkańców, turystów i daniele. Z jednej z wież w Osace widzieliśmy też chyba replikę amerykańskiej wioski, z białym kościołem na górce i drewnianymi domkami.
Równouprawnienie
Metro w Osace
Japończycy tradycyjnie nie traktują kobiet zbyt dobrze. Żona kąpie się ostatnia (w tej samej wodzie, co reszta rodziny), podaje jedzenie i je na końcu, musi słuchać teściowej i przejąć obyczaje rodziny męża, często nie pracuje, tylko spełnia się, przygotowując drugie śniadania dla dzieci. Natomiast ma prawo w komfortowych warunkach podróżować o świcie metrem. Nie wiem, jaki procent żeńskiej części społeczeństwa korzysta z tego przywileju, ale na stacjach metra i kolei spotyka się takie oznaczenie: „punkt wsiadania wyłącznie dla kobiet (w dni robocze, od pierwszego pociągu do 9:00)”.