Dzienniki Kiotijskie:
14.12.2008, czyli jeszcze nie ostatni

Krzyżacy po japońsku

Brama Źródełko

Pożegnać z Kioto postanowiliśmy się z góry — z góry Hiei, kultowego szczytu w górach otaczających miasto. Na zboczu w VIII wieku powstał buddyjski klasztor. Przez kolejne lata rozrósł się do ogromnych rozmiarów kompleksu świątyń, a zamieszkujący go mnisi przestali medytować i parzyć herbatę, a zaczęli napadać na mieszkańców i terroryzować miasto. Poradził sobie z nimi dopiero pewien szogun w XVI wieku, mordując wszystkich i spalając zabudowania klosztoru do ostatniej deski. Później część świątyń odbudowano, potem oczywiście jeszcze kilkukrotnie płonęły i były rekonstruowane. W tej chwili w lesie znajduje sie kilkanaście budynków. Z obrzeży miasta prowadzi do nich naziemna kolejka linowa i dalej taka z wiszącymi wagonikami, obie nieczynne w okresie zimowym, czyli od początku grudnia. Od centrum można też wspiąć się leśną ścieżką, a od drugiej strony góry podjechać samochodem lub autobusem po asfaltowej szosie.

Małpi klasztor

Małpy Małpy

My podjechaliśmy do dolnej stacji kolejki i tam przypieliśmy rowery pewni, że znajdziemy jakąś drogę na górę. Leśną ścieżką doszliśmy do opuszczonego przez ludzi domu, którym teraz zawładnęły małpy. Bawiły się w berka na dachu, skakały z balkonu na drzewo i huśtały na gałęziach. Jedna trochę nerwowo zareagowała na naszą obecność i przez chwilę bałam się, że zaatakuje Mateusza. Przygoda z małpami zakończyła się na szczęście tylko serią zdjęć, natomiast w małpiarni skończyła się też nasza ścieżka. Przez chaszcze doszliśmy do nasypu kolejki. Wspięcie się na niego poszło nam trochę gorzej niż towarzyszącym nam małpom, ale udało się. Nachylenie torów było bardzo duże, nasyp porastał mech, a obok szyn było tylko niewygodne przejście po stromych, zasypanych liścmi schodach, których używają chyba tylko małpy i konserwatorzy kolejki. Zasapani i zgrzani słońcem wdrapaliśmy się do górnej stacji pierwszej kolejki.

Podchody z mnichami

Drogowskaz Ścieżka przez chaszcze Mech
Kioto z góry Jezioro

Góry Mieliśmy nadzieję, że tam znajdziemy jakieś drogowskazy na szczyt góry i do klasztoru. Okazało się, że trasy wycieczek są świetnie opisane, ale tylko dla japońskich turystów. Z licznych tabliczek i mapek zrozumieliśmy tylko liczbę kilemetrów do różnych, nierozpoznawalnych miejsc. Wybraliśmy losowo drogę i ruszyliśmy w górę. Po drodze podziwialiśmy widoki Kioto i pięknie oświetlonych gór. Minąwszy zamkniętą budkę z biletami, dotarliśmy do zespołu świątyń. Po długim studiowaniu mapy oraz porównywaniu zdjęć w przewodniku z zastanym widokiem, doszliśmy do wniosku, że to tylko jedna część kompleksu, a do głównej świątyni mamy jeszcze kawałek. Z drugiej strony zbocza widać było fragment ogromnego jeziora, które z tej perspektywy wyglądało raczej jak zatoka morska. Plątaliśmy się po lesie od świątyni do świątyni, spotykając nielicznych pielgrzymów i turystów oraz mnichów naprawiających drogę czy czyszczących źródełko. Raz, szukając pagody, zapędziliśmy się w gąszcz zielono-białych liści. Innym razem ścieżka w górę zaprowadziła nas do drewnianej dzwonnicy.

Długa droga do domu

Kioto z góry
Enryaku-ji Enryaku-ji

Enryaku-ji Do głównej świątyni doszliśmy kilka sekund za późno, gdy mnisi zamykali drzwi. Całe szczęscie jacyś Japończycy wyprosili u nich jeszcze kilkuminutowe zwiedzanie. Weszliśmy z nimi najpierw na dziedziniec, a potem do ogromnego gmachu. Zupełnie odwrotnie niż zwykle, chodziło się po podwyrzszonej części podłogi, a między kolumnami oglądało w dole buddyjskie figury i złożone im dary. Przyciemnione światło, zniszczone drewno i psychodeliczna czerwono-zielona wykładzina stwarzały we wnętrzu niesamowitą atmosferę. Niestety nie mogliśmy się nią zbyt długo rozkoszować, bo mnisi ze zniecierpliwienia mogliby stracić swój święty spokój. Ruszyliśmy w drogę powrotną, gdy zaczynało się ściemniać. Z góry sfotografowaliśmy jeszcze zachodzące za miastem słońce. Schodzenie po schodach przy kolejce okazało się trudniejsze niż wchodzenie. Stopnie nie pasowały ani na jeden, ani na dwa kroki, mech był bardzo śliski i robiło się coraz ciemniej. Kiedy przechodziliśmy koło opuszczonego domu, małpy już spały. Dalej zjechaliśmy na rowerach do miasta, a po drodze kupiliśmy mnóstwo surowej ryby na pożegnalną kolację. Popiliśmy ją resztą sake, a teraz próbujemy zmieścić wszystkie wspomnienia do dwóch walizek. Jutro w południe mamy samolot do domu. Na podsumowania przyjdzie czas w Polsce. A teraz wszystkim „Oyasuminasai”, czyli dobranoc.