Dzienniki Kiotijskie:
13.12.2008, czyli trzystukilogramowy warkocz i sushi z podwawelską

Śniadanie niespodzianka

Na śniadanie zjedliśmy zawartość kupionego wczoraj białego pudełka z czerwonymi napisami. Okazała się kefirem, więc spożyliśmy to z ryżem i resztą dżemu jagodowego. Mieliśmy też plany alternatywne, by w zależności od konsystencji i smaku zrobić z tego zupę, dip do dziwnych ciastek (popić piwem) lub karmę dla kaczek. Resztę dnia przeznaczyliśmy na zakupy pamiątkowo-prezentowe i ewentualne dozwiedzywanie rzeczy po drodze. O sklepach, w których robiliśmy zakupy, pisać nie będę z łatwych do odgadnięcia przyczyn. Wspomnę o tych, które tylko „zwiedziliśmy”. Pierwszy był chyba sklep z pałeczkami. Tam wystraszyły nas ceny i ciasnota, ale zszokowała np. różnorodność pałeczek przeznaczonych do różnych potraw i liczba rodzajów drewna, z jakiego się je wykonuje. Drugi to sklep z papierem. Ja kupiłabym tam wzystko, ale nie mam pojęcia, jak przywieźlibyśmy to do Polski. Tradycyjny japoński papier (washi) występował tam we wszystkich rozmiarach, kolorach, grubościach, fakturach i stopniach wymięcia. Ponadto mnóstwo było papieru drukowanego w drobne japońskie wzory oraz wybarwianego w rozmyte niedoskonałe desenie geometryczne. Był papier z płatkami złota, do origami, z widocznymi włóknami oraz mnóstwo rzeczy wykonanych z papieru lub nim pokrytych. Ceny wydały się rozsądne jak na tę jakość i kunszt wykonania. Ja też okazałam się rozsądna i na wszelki wypadek nawet nie zaczęłam kupować.

Fryzjerski czyn społeczny

Lina Świątynia

Niedaleko dworca weszliśmy do wielkiej świątyni, którą zdradzała tylko ogromna brama, bo z daleka budynek wyglądał raczej jak wielki blaszany magazyn. Właściwy gmach jest w remoncie i ze względu na wymianę dachu nie wystarczyło obstawić go rusztowaniami, tylko trzeba było obudować tymczasowym budynkiem. Świątynia powstała w 1895 roku i jest największym drewnianym obiektem na świecie. Mimo renowacji można wejść do metalowej osłony i obejść budynek po drewnianym podeście. Na małej wystawie dotyczącej historii budynku oprócz drewnanych sań do transportu drewna zobaczyliśmy ponadstuletnią siedemdziesięciometrową trzystukilogramową linę splecioną z ludzkich włosów. Wierni, by pomóc w budowie, podobno oddawali swoje włosy. Teraz, jeśli ktoś chce pomóc w remoncie, może najwyżej zrzucić się na jedną z kilkuset tysięcy dachówek potrzebnych do pokrycia dachu. W zamian będzie miał możliwość podpisania się na spodzie płytki.

Sushi na okrągło

Lunch zjedliśmy w „round sushi barze” (tak to nazwał profesor) na terenie dworca. Tego typu knajpy dostarczają chyba najszybszego jedzenia na świecie. Wchodzi się, siada przy okrągłej ladzie, po której na taśmie jeżdżą talerzyki z małymi porcjami sushi, z których każda kosztuje tyle samo. Jeśli spodoba nam się jakiś talerzyk, zabieramy go, zjadamy zawartość, a naczynia składamy na swój prywatny stosik. Gdy skończymy jeść, wołamy panią, która liczy talerzyki i płacimy w kasie. Nie ma żadnych kart menu, zamawiania, wołania kelnerów, czekania na zamówienie. Za ladą stoją kucharze, którzy na oczach gości kroją ryby i zawijają maki. Wszystkie dodatki są przy każdym stanowisku za darmo: imbir, sosy sojowe, a nawet herbata (ekspresowa zielona!), którą można zalać gorącą wodą z kranu na ladzie. W tym miejscu chciałam uświadomić wszystkich, którzy uważają (pewnie głównie ze względu na ceny) polskie restauracje tego typu za ekskluzywne. W Japonii (i to nie tylko na dworcu) są to najzwyczajniejsze fast foody, do których wpada się, gdy ma się za mało czasu nawet na czekanie na hamburgera. Jedzenie w nich należy do tych najtańszych (137 jenów czyli 4 zł za talerzyk), nie ma czasu na żadne ekstrawagacje, wymyślne dekoracje i obsługę kelnerską. Nie ma też nastroju do romantycznych rozmów czy dłuższego sączenia herbatki. Trzy zet: zabrać, zjeść, zapłacić. No i jeszcze obalę drugi mit: nie ma nic niejapońskiego i udawanego w sushi z czymś innym niż surową rybą. W sushi barach można zjeść między innymi: maki wypełnione ryżem i sałatką (taką z majonezem), sushi z plastrem kiełbasy i cebulą, sushi z bakłażanem, z wędzoną rybą, boczkiem oraz naszym zdaniem oblechę tygodnia: maka z surowym nierozbełtanym jajkiem, w którego białku pływają kawałki czegoś trochę twardszego, co wygląda jak orzech, ale nim nie jest. Cała reszta zawartości 11 talerzyków, jakie wybraliśmy, smakowała świetnie. Można by tak jeść na okrągło.