Dzienniki Kiotijskie:
12.12.2008, czyli karoshi i pachinko

Karoshi

Origami Przyszedł czas na dzień gospodarczy. Zrobiliśmy pranie, zaplanowaliśmy sprzątanie na późniejszy termin, wzięliśmy się za robienie kartek świątecznych z japońskiego papieru, wciągnęliśmy się w origami i zrobiliśmy obiad (do gotowej tempury ze sklepu zrobiliśmy zupę z dwóch składników i sos z trzech). Słowem, wykonaliśmy masę zaległej ciężkiej pracy. Dwa razy odwiedziliśmy sklep: raz po składniki na obiad, raz po proszek do prania. Najpierw chcieliśmy kupić płyn, ale nie mieliśmy pojęcia, jak odróżnić go od krochmalu, odplamiacza i płynu do płukania, na wszystkim rysuje się ubrania. Proszek wydał nam się bezpieczniejszy. Mamy teraz zapas japońskiego detergentu. Po tak męczącym dniu zasłużyliśmy zatem na wieczorną sake, surową rybkę i medytację przy składaniu papieru.

Pachinko

Pachinko Tubylcy spędziliby pewnie ten wieczór inaczej. Po męczącym dniu idą do salonu gier Pachinko. Kilka razy przechodziliśmy koło wielkich rozświetlonych klubów, ale długo myślałam, że Japończycy tak maniakalnie grają na automatach podobnych do naszych, rozmaitych symulatorach oraz swoich wschodnich wynalazkach takich jak trafianie w odpowiednie guziki na gryfie nibygitary, celowanie nogami we wskazywane pola w takt muzyki czy uderzanie w pseudobęben w narzuconym rytmie. Ale pewnego razu zajrzeliśmy do takiego salonu. Był to najbardziej oszałamiający widok w całej Japonii. Przy około stu identycznych automatach (to był stosunkowo mały salon) siedzą młodzi ludzie, emeryci, eleganckie starsze panie, robotnicy w służbowych kombinezonach i biznesmeni w garniturach. Grają młodzi i starzy, bogaci i biedni, kobiety i mężczyźni, pracoholicy i bezrobotni, wszyscy Japończycy. Przy czym to granie nie oznacza żadnej szczególnej aktywności, a raczej bezczynność. Dla osoby postronnej i niewtajemniczonej wygląda to tak: jest potwornie głośno, bo każdy automat niezależnie emituje elektroniczną muzyczkę: piski, pipczenia i bulgotania jak w najbadziewniejszych grach. Poza tym wszystko się świeci, miga i rusza; kiczowate dekoracje, neony, ekrany oraz obudowy automatów, a nad maszynami unosi się papierosowy dym. Gracze siedzą na krzesłach, każdy przed swoim automatem i schizoicznie gapią się w ekran. Jedną dłonią trzymają niemal nieruchomo gałkę, a drugą dorzucają srebrne kulki z ustawionego na kolanach pudełka do zbiornika w maszynie. Robią to zupełnie automatycznie, nie odrywając wzroku od monitora. Na nim wyświetla się jakaś grafika, jakby gra miała temat (np. dinozaury czy kosmos) oraz liczby, symbole i napisy. Wszystko to zmienia się nieprawdopodobnie szybko, ale nie powoduje żadnych reakcji u widza, bo żaden ludzki nie jest w stanie przetworzyć sygnałów napływających z taką prędkością. Wokół ekranu po labiryncie latają wrzucane kulki. Czasem z otworu pod monitorem wypadają jakieś kulki, zwykle jednak nowe dostarcza obsługa.

Zszokowani i oszołomieni, zaraz po powrocie do domu sprawdziliśmy w internecie, o co chodzi. Jeśli dobrze zrozumiałam, to gałka służy do sterowania mocą wystrzeliwania kulek do labiryntu. Ekran właściwie nie pełni żadnej roli poza ogłupiająco-rozrywkową, do momentu gdy jakaś kulka wpadnie w odpowiednie miejce. Wtedy zaczyna się animacja ze zmieniającymi się symbolami, jak w automatach w kasynie. Od ich końcowego ułożenia zależy wygrana w postaci określonej liczby kulek, które potem można wymienić na papierosy lub słodycze (w Japonii zabronione są gry na pieniądze). Cała zabawa jest dość droga, jedna kulka kosztuje 4 jeny, a zużywa się tego dość dużo. Średnio oczywiście się przegrywa, ale Wikipedia pisze, że są ludzie, którzy żyją z Pachinko, i nie są to wyłącznie właściciele salonów. Podobno są też osoby, które topią tam co miesiąc całą swoją emeryturę i potem nie mają za co żyć. Częstotliwość wygranych i ich rodzaj jest zaprogramowana. Losowy jest tylko tor kulki i uruchamianie przez nią losowania ewentualnej nagrody. Podobno na niektórych automatach średnio się wygrywa, przez co na innych więcej traci. Informacje o tych ustawieniach można kupić na czarnym rynku. Tam też Ci, którzy zarabiają na graniu na lepszych maszynach, sprzedają wygrane fanty. Gra nie wydaje się więc ani trochę ekscytująca, chyba nawet mniej interaktywna niż telewizja, a do tego droga. Trudno też sobie wyobrazić, by ktoś chodził do tak głośnego salonu w celu zawarcia przyjaźni czy poplotkowania z koleżankami. Tam nikt z nikim nie rozmawia. Za nic nie potrafię zrozumieć, co tak przyciąga i wciąga wszystkich Japończyków. Dlatego postanowiłam nie próbować. Tym razem sprawdzanie na własnej skórze mogłoby się okazać zbyt kosztowne, czasochłonne i ogłupiające.

A ja zaczynam tęsknić za domem. Wrócę do Polski, posiedzę sobie na krześle, zaparzę czarną herbatę i zjem ziemniaka. Widelcem.