Dzienniki Kiotijskie:
11.12.2008, czyli Osaczeni

W sieci

Osaka Osaka to największe, najwyższe, najbrzydsze, najnowocześniejsze, najbardziej rozświetlone, pospieszne i betonowe miasto, w jakim kiedykolwiek byłam. Ledwo wysiedliśmy z pociągu, a już się zgubiliśmy. Stacja w Osace — podobno największy kompleks dworcowo-sklepowy na świecie — to labirynt podziemnych i nadziemnych korytarzy bez niemal żadnych połączeń ze światem zewnętrznym. Mimo rozwieszonych wszędzie schematycznych map wielopiętrowego podziemnego gmachu i mnóstwa bijących po oczach strzałek i drogowskazów, znalezienie informacji turystycznej zajęło nam jakąś godzinę. Osace chyba bardzo zależy na przyciągnięciu zwiedzających, bo dostaliśmy od miasta świetną mapę, a za jedyne 2000 jenów — całodzienny bilet na wszystkie linie metra, autobusy, tramwaje, miejską kolej, turystyczne łódeczki, wycieczkowe ciuchcie oraz dwadzieścia kilka najważniejszych muzeów i atrakcji. Karta zwróciła nam się kilkukrotnie, choć wykorzystaliśmy mniej niż ćwierć kuponów. Zaopatrzeni we wszystkie ulotki, mapy i przewodniki, usiedliśmy na jakimś murku i przez kolejne pół godziny ustalaliśmy plan zwiedzania. Musieliśmy wyglądać na nieźle skołowanych, bo podeszły na nas dwie młode Osakijki i pytały, czy pomóc nam się odnaleźć. Poradziliśmy sobie sami i odnaleźliśmy właściwą drogę, choć w Osace nie są ważne kierunki ani odległości, lecz podążanie za strzałkami i wybieranie odpowiednich korytarzy. Wszędzie jeździliśmy metrem lub nadziemną kolejką i właściwie wychodziliśmy na ulicę już w miejscach docelowych lub ewentualnie przy wejściu do kolejnego korytarza czy pasażu. Ale nie zgubiliśmy się i około pierwszej w nocy wróciliśmy do domu.

Ignorant w składzie porcelany

Muzeum ceramiki w Osace Zaczęliśmy od miejsca spokojnego i pamiętającego stare czasy — wielkiego muzeum ceramiki orientalnej. Poszło nam dość szybko, bo zupełnie nie jesteśmy w stanie odróżnić wazy chińskiej z XIV wieku od tej z XVII, od koreańskiej ani od tej sprzedawanej gdzieś na targu w Kioto. Najbardziej spodobała nam się kolekcja maluteńkich buteleczek, szczególnie tych wykonanych z naturalnych kamieni. Poza tym wystawiono bardzo mało ceramiki współczesnej i innych dziwactw. Po pięciu salach z jasnoniebieskimi miseczkami mieliśmy już dość i poszliśmy zobaczyć coś wielkoskalowego — miasto.

Ponad światem

Wieża w Osace Wieża w Osace Po obejrzeniu fragmentów Kioto z okolicznych wzgórz przeszła nam wszelka ochota na szukanie jakiejś wysokiej wieży, z której możnaby zobaczyć panoramę całego miasta, choć lokalnie miasto jest naprawdę przepiękne. Natomiast po obejrzeniu fragmentów Osaki z bliska, zamarzyliśmy o wspięciu się na każdą z najwyższych wież. Jeśli coś tak przytłacza z bliska i jest tak bardzo pozbawione pięknych detali, to jedyna nadzieja na zobaczenie czegoś imponującego w oglądaniu wszystkiego naraz, czyli znad. Nasz karta obejmowała wjazd na cztery wieżowce, zaczęliśy od tego najstarszego. Wieża mierzy 102 metry, pierwsza wersja powstała w 1912 jako efekt zazdrości Japończyków o wieżę Eiffela, potem w czasie wojny rozebrano ją i przetopiono na materiały zbrojeniowe, a następnie odbudowano za pieniądze mieszkańców jako symbol miasta i miejsce ogromnej reklamy Hitachi. Dzień był pochmurny, przez co miasto wydawało się jeszcze bardziej szare. We wszystkich kierunkach ciągnęły się nie tylko ogromne wieżowce, ale przede wszystkim betonowe bezduszne osiedla mieszkalne. Resztę miasta wypełniała sieć komunikacyjna. Nad zwykłymi drogami zbudowano estakady dla pociągów licznych linii państwowych i prywatnych, nad nimi sieć szybkich tramwajów, a jeszcze wyżej drogi szybkiego ruchu z nadziemnymi skrzyżowaniami i tysiącami zjazdów. Gdzieniegdzie pod szosą stały normalne kilkupiętrowe bloki mieszkalne. Poza tym Osaka jako miasto portowe ma tysiące mostów nad rzekami i kanałami, a także mnóstwo przepraw podziemnych. Razem z korytarzami metra i przejściami podziemnymi nie da sie tego przedstawić chyba na żadnej dwuwymiarowej mapie. Pozostaje podążać za stzałkami.

Świątynia z betonu i mały raj


Świątynia w Osace Świątynia w Osace Świątynia w Osace Żeby z powrotem dostać się pod ziemię, przeszliśmy przez kiczowaty pasaż handlowy, gdzie zjedliśmy coś na szybko. W Osace wszystko robi się szybko, a najszybciej je się lunch. Pojechaliśmy do jednej z niewielu (w porównaniu z Kioto) zaznaczonych na mapie świątyń. Cały kompleks został doszczętnie zniszczony i odbudowano go w latach sześćdziesiątych, dla ułatwienia i chyba także wpasowania w okolicę — z betonu. Pagoda i główna hala wyglądają więc trochę jak dekoracja filmowa, pomalowane na jaskrawe kolory i ustawione na wielkim placu kiepsko zagrabionego żwirku. Obok jednak znaleźliśmy perełkę — szesnastowieczną świątynię z prawdziwym ogrodem zen, sztucznym jeziorkiem, kamieniami, chatką herbacianą, a nawet żywą czaplą. Gdyby kiedyś los zmusiłby mnie do mieszkania w Osace, spędzałabym w tej ostoi spokoju i zieleni całe dnie. Szkoda tylko, że zza muru słychać samochody, a w wodzie poza skałami i trawami odbijają się szare bloki.

Odlew zamku

Zamek w Osace Zamek w Osace

Zamek w Osace Najczęściej odwiedzanym zabytkiem Osaki jest ogromny zamek. Niestety nie na tyle wielki, by widać go było z któregoś z tarasów widokowych. Zamek otoczony jest dwiema fosami oraz ogromnymi kamiennymi murami. Niektóre głazy mają takie rozmiary, że naukowcy wciąż zastanawiają się, jak w XVII wieku udało się wydobyć i przetransportować tak ciężkie kloce. Niestety poza kamieniami niewiele z zamku dotrwało do naszych czasów. Dziś mur sztukowany jest betonowymi kostkami, a sam zamek odlany z betonu. W środku znajduje się multimedialne muzeum jego historii z filmami po japońsku, kopiami obrazów oraz makietami kolejnych niszczących zamek bitew. Wszędzie kręcą się japońskie wycieczki szkolne i znudzeni, osaczeni europejscy turyści. Tacy jak my.

Najwyżej

Wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy do portu, który częściowo leży na kilku sztucznych wyspach połączonych ogromnymi mostami, częściowo na prawdziwym lądzie. Od początku pobytu w Japonii chciałam zobaczyć tu morze (w końcu jest go sporo) i nie wiem, czy marzenie to powinnam uznać za spełnione. Na wybrzeżu niby byłam, ale tak przetworzonym przez człowieka i tak uprzemysłowionym, że miałam nawet wątpliwości, czy woda jest prawdziwa. Zamiast plaży, piasku czy skał i żaglówek zobaczyłam betonowy chodnik wzniesiony kilka metrów nad wodą, dźwigi w porcie i wielkie kontenerowce. Nad morzem na Placu Kosmicznym stoi też najwyższy budynek Japonii &mdash World Trade Center. Ma 256 metrów i 53 piętra, i oczywiście musieliśmy na niego wjechać (najszybszą windą, jaką w życiu widziałam, i w dodatku zewnętrzną, przeszkloną). Zrobiło się już ciemno i znikła szarość betonu, więc widoki miejskich iluminacji były napradę niesamowite. Byliśmy jedynymi turystami w kosmicznej szklanej kopule i na futurystycznych schodach. Obok startrekowej kafejki zjedliśmy najwyższe (i zielone) chipsy w życiu i napiliśmy się podniebnej (zielonej) herbaty. Potem wróciliśmy na ziemię. Najbardziej przytłoczył nas chyba widok ludzi, którzy po całym dniu pracy w ogromnym wieżowcu idą podziemnym korytarzem, potem zadaszonym przejściem, wsiadają do kolejki i wysiadają dwie stacje dalej na ogromnym betonowym osiedlu, które cały dzień widzą z okna.

Proszę mi ukroić tej ryby

kolacja kolacja kolacja

kolacja Nieco głodni przenieśliśmy się do najbardziej rozświetlonej dzielnicy knajp, klubów, barów, zmęczonych pracą facetów w garniturach oraz plastikowej młodzieży z dziwnymi fryzurami i makijażem. Oszołomieni neonami i naganiaczami wybraliśmy jedną z tysiąca rybnych restauracji. Usadzono nas przy długim barze. Od zapracowanych kucharzy dzieliła nas tylko szklana gablota z kawałami surowej ryby. Zamówiliśmy dwa zestawy sashimi z dodatkami i dwa piwa, i czekaliśmy na jedzenie, przyglądając się zwinnym, szybkim ruchom Japończyka, który ekspresowo kroił płaty tuńczyka, kleił sushi, zwijał maki, układał wszystko na półmiskach i przyjmował zamówienia. Danie było jak zwykle przepięknie podane, a piwo niedobre. O samej surowej rybie chyba wiemy coraz więcej, bo nie tylko umieliśmy rozróżnić smaki różnych gatunków, ale także zauważyć, że łosoś był o wiele delikatniejszy od wszystkich, które jedliśmy do tej pory. Najedzeni, zadowoleni i ubożsi o ponad 4000 jenów pojechaliśmy na ostatnią wieżę.

Między wieżami

Floating Garden
Floating Garden

Floating Garden Floating Garden Umeda Sky Building ma niesamowitą konstrukcję. Do podpartego dwiema wieżami tarasu widokowego w kształcie pierścienia dojeżdża się zewnętrzną przeszkloną windą, a potem zawieszonymi nad ziemią łączącymi wieże przezroczystymi korytarzami ze schodami ruchomymi. Górna platforma jest na otwartym powietrzu i ma kosmiczną świecącą podłogę. Z wysokości 173 metrów rozciąga się wspaniały widok na miasto, rzekę i port. Wszystko nie byłoby japońskie, gdyby na górze nie leciała świąteczna kiczowata muzyka, piętro niżej nie było galerii zdjęć i wpisów par, które wyznały sobie na tym tarasie miłość, a przy schodach nie stała mała plastikowa kapliczka chramowa. Tak właśnie wyobrażałam sobie Tokio. Teraz sama już nie wiem, jak może wyglądać jeszcze większe, nowocześniejsze i bardziej kiczowate miasto.