Dzienniki Kiotijskie:
10.12.2008, czyli medytująca małpa i świątynia Baby-Jagi

Świątynia najów

Świątynia najów Świątynia najów

Świątynia najów Zaczęliśmy od świątyni, której bramę, ale tylko bramę, widzieliśmy już dwa razy, raz po zamknięciu i raz przed otwarciem. Tym razem udało nam się wejść do środka i zobaczyć kilka rzeczy, które są w niej i są naj w Japonii: najstarszą salę medytacyjną, najmniejszy ogród zen, najstarszą broń palną i najfajniejszego smoka namalowanego na przesuwanym ekranie. Główny ogródek świątyni pochodzi z XIII wieku i jest chyba jednym z bardziej tradycyjnych i stonowanych, jakie tu widziałam. Inny ogródek miał podobno przedstawiać prawdę, że im mocniej obiekt uderzy w wodę, tym większe wzbudzi fale. Do jakich błyskotliwych wniosków można dojść przez długoletnią medytację zazen?

Labirynt, fauna i flora

Labirynt
Labirynt Labirynt

Labirynt Podjechaliśmy na rowerach sporo pod górę i wreszcie dotarliśmy do Arashiyamy, podmiejskiej dzielnicy przyległej do Sagano, by zobaczyć świątynię Tenryu-ji. Przewodnik nic nie pisał, by coś w niej było naj, natomiast już sam widok ogrodu uczynił dzisiejszy dzień tym najwspanialszym w ciągu całego pobytu. Wokół sztucznego jeziorka z przejrzystą wodą oraz kamiennymi i mszanymi wysepkami wiły się wąskie ścieżki. Przy nich rosły stare, powyginane drzewa, pod którymi schowane były to kamienne latarnie, to zbiorniki z kapiącą wodą. Po takim ogrodzie można włóczyć się godzinami lub przysiąść na podeście starego budynku świątyni i kontemplować krajobraz, popijając zieloną herbatę i słuchając śpiewu przeróżnych ptaków.

Źródło

Rzeka Rzeka

Rzeka Po krótkim spacerze po turystycznym centrum Arashiyamy przejechaliśmy starym drewnianym mostem i leśną ścieżką ruszyliśmy w górę rzeki w stronę kolejnej wypatrzonej na mapie świątyni. Dość długo wspinaliśmy się przełomem rzeki, podziwiając odbicia jesiennych drzew w lustrze nieskazitelnie czystej wody. Nie minęła nawet godzina, odkąd Mateusz zachwycony Tenryu-ji zastanawiał się, skąd u tutejszych architektów taki zmysł harmonii i wyczucie piękna. Wystarczyło zejść na chwilę na brzeg i popatrzeć na wystające nad powierzchnię niczym wyspy pojedyncze skały, las w tle, mech porastający nabrzeże oraz trawy kołyszące się przy ujściach drobnych strumyków i zmniejszyć to wszystko do typowych wymiarów japońskiego ogródka. Nie trzeba nic tworzyć i wymyślać, naśladownictwo natury jest najdoskonalszą po samej naturze formą sztuki.

Świątynia ascetów

Świątynia ascetów Świątynia ascetów Świątynia ascetów Świątynia ascetów Świątynia ascetów

Świątnia ascetów Świątnia ascetów Przez całą drogę towarzyszyły nam ręcznie wypisane drogowskazy do świątyni, poprzyczepiane do drzew niczym wskazówki do gry w podchody. Gdy droga odbiła od rzeki i zaczęła wspinać się ostrzej w górę, pojawiło się ich jeszcze więcej, a dodatkowo sentencje i poezje haiku odbite na ksero i poprzypinane jak ogłoszenia o zaginionym psie. Niemal na każdym zakręcie stała przaśna, wykonana przez jakiegoś nieprofesjonalistę ze znalezionych wokół badyli ławeczka, którą desperacko przywiązano sznurkiem do ledwo trzymającej się zbocza chwiejnej barierki. W pewnym momencie wyżej zobaczyliśmy przyklejony do góry drewniany domek, wsparty z jednej strony na palach niczym chatka Baby-Jagi. Stary budynek połatany kawałkami dykty, gdzieniegdzie owinięty plandeką, okazał się świątynią, przed którą przesympatyczny staruszek pobierał opłatę za wstęp. Obok, jak w każdym przybytku buddyzmu, stała dzwonnica. Na niej wisiała karteczka, że trzy uderzenia w dzwon są darmowe. Skorzystaliśmy oboje, podziwiając nieskazitelny dźwięk starego dzwonu, który brzmiał w wąwozie przez kilka minut. Warto nadmienić, że japońskie dzwony są pozbawione serca, uderza się w nie końcem zawieszonego obok drąga. Sama świątynia składała się z jednego pokoju z ogromnymi oknami, z których jedno zapewniało niesamowity widok na dolinę rzeki i Kioto. Urządzenie tego pokoju medytacyjnego i przyległej kapliczki mogło wiele powiedzieć o gospodarzu. Że lubi swoje samotnicze życie i rozmyślanie o sensie życia, ale nie stroni też od ludzi, dla których przygotował odbitki poezji i buddyjskich przemyśleń. Że lubi wieczorami popijać herbatę, a rankami podziwiać widok przez ułożone obok okna lornetki. Że pamięć wystarczy mu do utrwalania najpiękniejszych krajobrazów, bo wiekowy aparat fotograficzny z wielkim obiektywem dawno nie widział kliszy. Że bardzo zależy mu na zachowaniu tej chatki dla następnych pokoleń, ale trochę nie radzi sobie z łataniem i naprawianiem kolejnych dziur w dachu. Że wie, jakie są typowe elementy wystroju sali medytacyjnej, ale nigdy nie starcza mu czasu, aby je artystycznie i ze smakiem poukładać na tak małej powierzchni. Że wierzy w Buddę, czci wszystkie jego wizerunki i pragnie ustawić je w swojej kapliczce, mimo że żaden nie pasuje do drugiego, z niektórych złazi farba, a niektóre zwyczajnie się już nie mieszczą. Że chce w tradycyjny sposób obdarowywać Buddę owocami i słodyczami, ale zapomniał, jak ustawiali je jego koledzy, by tworzyły harmonijne kompozycje i piramidy. Że musi być przesympatycznym pustelnikiem, chcącym podzielić się z innymi wszystkim, choć nie ma prawie niczego.

Po prostu małpy

Małpy Małpy Małpy Małpy Małpy

Małpy Do tej pory nie wiem, czy świątynia na górze była najbardziej, czy najmniej zen ze wszystkich, jakie tu widziałam. Wiem natomiast, że w jej pobliżu biegały prawdziwe, dzikie małpy. No może nie do końca dzikie, bo niektóre bez większych stresów chodziły po ścieżce czy siedziały jakiś metr od nas na barierce. Inne goniły się po drzewach lub gryzły jakieś znalezione na gałęziach orzeszki. Część tego, co wypadło im z ust, wpadało do rzeki, by zostać natychmiast połknięte przez wyczekujące okazji kaczki. Jedna z małp odcięła się od całego tego zamieszania, wybrała sobie kamień nad rzeką, przysiadła i wpatrzona w nurt zamyśliła się na kilkanaście minut. Pierwszy raz widziałam małpy na wolności i pierwszy raz widziałam małpę medytującą. Mijało nas mnóstwo Japończyków, u których zainteresowanie wzbudzali raczej europejczycy robiący zdjęcia, niż same małpy. Całe szczęście powstrzymali się od robienia sobie zdjęć na naszym tle.

Japońskie pismo obrazkowe

Świątnia ascetów Świątnia ascetów Po obejrzeniu pewnego filmu o Japonii byłam przekonana, że tutaj w każdym najmniejszym sklepiku można dostać książeczkę z tematycznie ułożonymi rysunkami przedmiotów codziennego użytku czy popularnych czynności, która ułatwia komunikację niewerbalną z tubylcami. Myślałam nawet, że rozdaje się je obcokrajowcom w informacjach turystycznych i na lotniskach. Okazuje się, że gadżet ten nie jest niezbędny do przeżycia w Japonii. Sklepy są w większości samoobsługowe, a przed wieloma restauracjami ustawia się modele jedzenia lub wiesza zdjęcia potraw z cenami. W środku w menu często zdjęć już nie ma, o czym mieliśmy okazję przekonać się po raz kolejny. W poszukiwaniu jedzenia weszliśmy dziś do baru, który na zewnątrz miał zdjęcia i trzycyfrowe ceny dziewięciu potraw. Niestety kelnerka nie znała słowa po angielsku, a menu było tylko krzaczkowe. Poprosiliśmy zatem panią na zewnątrz i palcem pokazaliśmy, co chcemy zjeść. Udało się, bo dostaliśmy dokładnie to, co na zdjęciu (w rozumieniu: każdy kawałek szczypiorku leżał w tym samym miejscu). Dla unaocznienia tej zgodności zamieszczam zdjęcie zdjęcia jedzenia i zdjęcie jedzenia. Radzę też przyjrzeć się, jak podana jest potrawa w dennym barze na rogu, i wyobrazić sobie, jak wygląda posiłek w kilka razy droższej restauracji, gdzie często jest go dużo mniej po to, by zmieściły się dekoracje. My najedliśmy się okropnie, a wszystko smakowało naprawdę dobrze. Na kolację w ramach odtrutki po spożytym tłuszczu, zjedliśmy wyśmienitą surową rybę. A jutro wybieramy się bliżej morza, więc liczymy na jeszcze tańszą i jeszcze świeższą.