Dzienniki Kiotijskie:
09.12.2008, czyli Nara na raz

Bardzo stara starówka

Pagoda w Narze Wszystkie przewodniki i wszyscy, którzy choć trochę znają Japonię, mówią, że najbardziej uroczym miastem jest Nara, oddalona od Kioto o kilkadziesiąt kilometrów. Była stolicą przez zaledwie kilkadziesiąt lat w VIII wieku, ale dzięki ówczesnemu bogactwu państwa cesarze zdążyli tam całkiem dużo wybudować. Co więcej kilku budowlom udało się uniknąć pożarów do dziś. Inne, które spłonęły, odbudowano np. w XII wieku. W pobliżu Nary znajdują się między innymi najstarsze drewniane budowle na świecie. Wyjątek wśród tych wszystkich staruszków stanowią chramy, które tradycja nakazuje demontować i budować od nowa co dwadzieścia lat. W wielu miejscach na szczęście porzucono ten zwyczaj pod koniec XIX wieku. Ale w Narze najbardziej urzeka chyba to, że większość zabytków stoi w przepięknym parku, nie zeszpecona powstawianymi między nie nowymi budynkami. Przez nowe rozumiem tu młodsze niż tysiącletnie. Na południe od parku wyrosła dzielnica mieszkalna, która w tej chwili też już jest zabytkowa. Natomiast najnowszą, nowoczesną Narę wybudowano z drugiej strony. Dzięki temu nikt nie ma pretensji, że coś do czegoś nie pasuje.

Jeleń zjadł nam mapę

Jelenie w Narze Jelenie w Narze

Jelenie w Narze Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście od najstarszej części. Jeszcze w pociągu przeczytaliśmy przewodnik, a w nim, że w Narze można spotkać oswojonego daniela. Bez większych nadziei na zobaczenie jakiegoś większego zwierza, zadowoliliśmy się żółwiem wodnym przyuważonym w małym jeziorku. Jednak już pod pierwszą pięciopiętrową pagodą spotkaliśmy kilkanaście jelonków. Niektórzy je głaskali i karmili. My zostaliśmy na dystans, bo daniele mogą podobno być czasem niebezpieczne, „przewracają kubły na śmieci i małych ludzi” (cytuję tu nasz przewodnik). Jednak już podczas pierwszego naszego przysiądnięcia na ławce w celu konsumpcji czekolady, daniel sam postanowił się z nami zaprzyjaźnić, podszedł, obwąchał nas i obślinił Mateuszowi kurtkę. Kiedy nie znalazł w naszych kieszeniach nic ciekawego do zjedzenia, rzucił się na nasza mapkę zdobytą w informacji turystycznej. Jakoś mu ją wyrwałam, obgryzioną i poślinioną, ale wtedy zabrał broszurę ze świątyni. Przeżuł ją, zwyczajnie połknął i zabrał się do kolejnych papierów. Jakimś cudem ochroniłam przed nim papierek od czekolady wraz z interesującą nas zawartością. Potem co chwilę spotykaliśmy kolejne daniele, w sumie pewnie ze sto. Niektóre dawały się pogłaskać, inne przeszukiwały kieszenie, jeden wylizał Mateuszowi całą dłoń. W licznych sklepach z pamiątkami można kupić ciastka dla tych zwierzaków, ale uznaliśmy je za zbyt drogie. Podobno niektórzy turyści biorą je za lokalny przysmak i zjadają. Przy innych japońskich słodyczach ich smak pewnie zbytnio nie zaskakuje.

Bardzo duży Budda i bardzo mała dziura

Todai-ji Todai-ji

Todai-ji Najciekawszym, ale i najbardziej obleganym przez turystów miejscem w Narze jest świątynia Todai-ji (największa budowla drewniana świata) z ogromną rzeźbą Buddy (z VIII wieku oczywiście). Ta największa na świecie statua z brązu ma 15 metrów wysokości, półmetrowy nos i dłoń, na której podobno stają czyszczący ją mnisi. Budowla, w której stoi, spłonęła i została odbudowana (chyba w ładniejszej formie), ale sam posąg przetrwał. Tylko dwa razy Budda stracił głowę w czasie trzęsień ziemi, ale odlano mu nową. O posągu można powiedzieć chyba właśnie tyle, że jest ogromny. Za nim znajduje się między innymi kolumna z małym otworem. Podobno przejście przez niego to pierwszy krok na buddyjskiej drodze do doskonałości. Nam się udało przecisnąć, choć przesmyk jest naprawdę wąski, a my ogólnie więksi niż przeciętny tubylec. Cieszę się, że mimo to odważyłam się spróbować, choć przez cały czas bałam się utknięcia tam niczym pewien miś o małym rozumku, i to na oczach nie tyle prosiaczka, co tłumu zaciekawionych turystów i samego wielkiego Buddy.

Ponad tysiącletnia stodoła

Chram w Narze Chram w Narze

Odbicie w szybie Potem obejrzeliśmy też pozostałe budowle. Podobno w architekturze Nary wyraźnie widać wpływy chińskie i perskie, dla mnie jednak wciąż pagoda to pagoda. Na lunch zjedliśmy kluski jak kluski i ryż jak ryż, ale z pysznymi dodatkami. Kelnerka na bieżąco dolewała herbaty i gdy długo się nie pojawiała, poprosiłam Mateusza o przyniesienie nowej z dystrybutora. Wyglądał dokładnie tak, jak ten na stołówce i miał jakiś czarny napis. Na uczelni oznacza on jakieś „gorąca zielona herbata”, a tu musiały być krzaki mówiące „piwo”. Mateusz nalał trochę i przestał, gdy tylko się zorientował, że z kranu leci coś mocniejszego. Na szczęście nikt chyba nie odnotował naszej wpadki. Uregulowaliśmy rachunek i poszliśmy zwiedzać najpierw duży przepiękny ogród (dla obcokrajowców za darmo), potem kolejny cierpiący na megalomanię chram — tym razem z tysiącami nie bram, lecz latarni, a jeszcze później kilka kolejnych świątyń. Jedna z nich stoi już 1300 lat i podobno widać w niej wpływy antycznej Grecji. Nam konstrukcja wydała się raczej stodołowa, ale przy tym urzekająca, bardzo japońska i cudownie pachnąca starym drewnem. W środku stały figury Buddy, o których znów potrafię powiedzieć tylko tyle, że były istotnie mniejsze niż poprzedni Budda.

Lody z betonu

Niby-stary dom w Narze Latarnia w Narze Po zmroku włóczyliśmy się starą dzielnicą Nary. Wśród starych drewnianych domów odnaleźliśmy między innymi sklep z koralikami (jedna sztuka, czyli paciorek, a nie cały sznur, po kilkaset naszych złotych) i tradycyjny dom otwarty dla zwiedzających. Był niesamowicie wąski (bo opłaty za nieruchomość pobierano kiedyś od szerokości domu od strony ulicy) i naprawdę przepiękny. Ciąg pokoi oddzielał zawsze przesuwany japoński parawan, a czasem także ogródek. Wysoko osadzone okna regulowało się przy pomocy całego systemu sznurów, bo dom nie był do końca parterowy. Miał urokliwe poddasze, a w schodach ukryte mnóstwo szufladek. Największą atrakcją popołudnia okazały się jednak lody z automatu, przyuważone przez Mateusza w malutkiej bocznej uliczce. On wziął tradycyjne już zielonoherbaciane, a ja zaryzykowałam takie o wyglądzie mokrego betonu i smaku czarnego sezamu. Pachniały jak olej sezamowy, a smakowały jak najlepsze lody orzechowe. Z Nary wywiozłam więc same najlepsze wspomnienia.