Dzienniki Kiotijskie:
08.12.2008, czyli stuknęła nam szóstka

Zaułki

ZaułkiZaułki
ZaułkiZaułki

Zaułki Dziś mija dokładnie sześć lat naszego razem bycia. Świętowaliśmy w kilku świątyniach i chramach, a na końcu w restauracji. Zaczęliśmy od najbliższej okolicy, gdzie zostało nam jeszcze kilka niewidzianych ogródków i budynków. Kluczyliśmy na rowerach wąskimi uliczkami między ciasno ustawionymi drewnianymi domkami, z których każdy był szczelnie obstawiony doniczkami, rowerami i figurkami jeżyków (które prawdopodobnie ustawia się na szczęście, bo wszędzie ich mnóstwo). Niektórymi z uliczek nie można nawet przejechać najmniejszym japońskim samochodem, a i dwa rowery mijają się cudem. Budynki łączy sieć niepochowanych przewodów elektrycznych, a dzisiaj wszędzie stały worki czekające na gadającą śmieciarkę. Na rogach wystają japońskie malutkie staruszki w fartuchach i wymieniają najnowsze plotki z dzielnicy. Tylko psy nie szczekają, bo tu nikt nie ma psów, i dzieci się nie bawią, bo siedzą w szkole i uczą się alfabetu. Natomiast co chwilę można spotkać chram lub świątynię, a w nich kogoś klaszczącego, dzwoniącego i myślącego życzenie. Klask, dzyń, kolejnych lat tak szczęśliwych jak ostatnie sześć.

Świątynia powagi

Świątynia powagi Świątynia powagi Świątynia powagi Świątynia powagi Świątynia powagi

Świątnia powagi Kolejna świątynia była już w skali makro. Wielkie drewniane budynki na żwirkowym ogrodzonym terenie z początku wydawały się niewarte 800 jenów od osoby. Ale przeczytaliśmy, że to jedna z najważniejszych świątyń w Kioto, podlegają jej np. Srebrny i Złoty Pawilon. Dodatkowo w jednym z budynków przez otwarte drzwi zobaczyliśmy odświętnie ubranych modlących się mnichów. Podniosła atmosfera i jakaś powaga chwili skłoniła nas do wejścia. Z podestu jednego z pawilonów podziwiać można było ogród żwirkowo-kamienny, dostojny jak wszystko wokół. We wnętrzu zaś mocno eksponowano rysunek przedstawiający niezbyt piękną kobietę. Jeden z panów z obsługi podszedł do nas, by zapewne wyjaśnić nam, kogo przedstawia obraz. Z jego gestów zrozumieliśmy, że powinniśmy się przyjrzeć zbliżeniu obrazu, i zobaczyliśmy, że wszystkie linie konturów tylko z pozoru powstały jednym pociągnięciem pędzla. Tak napradę są plątaniną mikroskopijnych napisów alfabetem chińskim. Nie mogliśmy ich przeczytać, ale wydaliśmy tylko międzynarodowe wzdechnięcie z zachwytu wyrażające nasz podziw dla autora dzieła. Jak zrozumieliśmy z kolejnych gestów, mieliśmy poczekać chwilę na koniec modlitwy, by zobaczyć wnętrze przyległego budynku. Rzeczywiście po kilku minutach z sali modlitw wyszli mnisi w swoich eleganckich szatach i odlotowych klapkach, obładowani miskami z resztkami jedzenia i wyraźnie zadowoleni ze spędzonego wspólnie czasu. Widać przez żołądek wiedzie droga nie tylko do serca, ale i do nirwany. W świątyni pan z obługi z wielkim przejęciem coś długo opowiadał i pokazywał wszystkim miejsce, w którym najlepiej się klaszcze. Wszyscy stali grzecznie w kolejce, by podejść i klasnąć, patrząc się w sufit. Patrzenie w sufit akurat rozumiem, bo zobaczyć można było na nim wielkie malowidło smoka. Nie doczekaliśmy końca opowieści przewodnika, lecz wsiedliśmy na rowery, by pojechać do mojej ukochanej dzielnicy — Gion.

Świątynia przestrzeni

Świątynia przestrzeniŚwiątynia przestrzeni
Świątynia przestrzeniŚwiątynia przestrzeni
Świątynia przestrzeniŚwiątynia przestrzeni

Świątnia przestrzeni Czwarta próba wejścia do świątyni Kennin-ji zakończyła się sukcesem, choć przyszliśmy chwilę przed zamknięciem kas. Wśród wąskich brązowych uliczek starego Gion ukryta jest świątynia, na którą w żadnym wypadku nie ma tam wystarczająco miejsca. Za murami i bramą leży szereg parterowych pawilonów i tarasów, oddzielonych ogródkami zen. Budynki zamiast części ścian mają półprzeźroczyste przesuwane ekrany, poza tym mnóstwo okien i bardzo ascetyczny wygląd. Kiedy stoi się w jednej z przestronnych sal, ma się wrażenie, że sekwencja kolejnych tarasów i ogrodów nie ma końca. Nie wiem, jak można osiągnąć taki efekt, ale w Kennin-ji poczucie otwartej przestrzeni łączy się z kameralną przytulnością. Jest to świątynia powietrza, do której jednak nigdy nie zagląda wiatr.

Narybaliśmy się z okazji rocznicy

Kiedy zamknięto wszystkie ośrodki kultury wyższej, poszliśmy do pasażu handlowego na zakupy. Zaprowadziłam Mateusza do księgarni anglojęzycznej o intrygującej dla stochastyka nazwie „spacer losowy”. Po jakiejś godzinie przeglądania książek o wszystkich niespotykanych poza Japonią technologiach, zakupiliśmy książkę (jedną z sześciu dostępnych na ten temat) o samolotach z origami i o czerpaniu japońskiego papieru. Po pokoju już lata samolot, ale na razie z papieru ksero. Przez kolejną godzinę szukaliśmy restauracji odpowiedniej na rocznicową kolację, ale w końcu wybraliśmy dobrze. Wystrój był przejapoński, ceramika tak tutejsza i niepowtarzalna, że mogłabym na kolację dostać pusty talerz. Zamówiliśmy jednak herbatę (w cudnych granatowych kubkach), surową rybę (na niespotykanym prostokątnym półmisku) i kluski (w błękitnych miskach ze spiralnym wypukłym zdobieniem). Mój makaron obsypany był szczypiorkiem, tartym chrzanem i tempurą czyli panierką, a Mateusza pływał w rosole wraz z białoróżową pianką (dobrą, choć przypominała te, z których robi się torty dla dzieci), cienkimi plastrami kaczki i czymś zielonym. Wszystko bardzo nam smakowało, ale surowej ryby nie starczyło, by zaspokoić nasze apetyty i w drodze do domu kupiliśmy jeszcze dwie tacki w supermarkecie. Z każdym dniem wyostrza nam się smak, bo dziś oboje poczuliśmy, że ryba w restauracji była delikatniejsza i szlachetniejsza. A może to kwestia tego, że tę w domu popijaliśmy nienajlepszej jakości winem?