Dzienniki Kiotijskie:
07.12.2008, czyli to powinno być zabramione

Plany rozsypane w żwirek

Reiun-in Reiun-in

Reiun-in Dzisiaj planowaliśmy wcześnie wstać, odwiedzić rzekomy kiermasz pod świątynią Toji, po drodze zobaczyć jedną świątynię, którą już dwa razy zastaliśmy zamkniętą i, skoro będziemy na południu miasta, zwiedzić jeden chram. Spaliśmy długo, skręt do buddyjskiej świątyni przegapiłam, więc uniknęła naszej obecności kolejny raz, a jak dojechaliśmy do Toji, dawno nie było już widać żadnych śladów targu. Natomiast po drodze trafiliśmy do ogromnego buddyjskiego kompleksu świątyń. Nie wszystkie można było zwiedzać, ale my weszliśmy do trzech. Pierwsza miała wspaniały ogródek zen z koliście zagrabionym żwirkiem. Każdy szczegół urzekał prostotą i smakiem. Do tej pory nie wierzyłam też, że suchymi kamieniami można oddać strumień wodospadu. Z drugiej strony starego budynku świątyni zaaranżowano inny, kameralny ogródek z przeuroczą kamienną latarenką i drzewami powyginanymi niczym chińskie pismo. Kontemplacja ogródka była przyjemniejsza także ze względu na to, że zabrałam dziś ze sobą drugie, cieplejsze skarpetki.

My się zimy nie boimy

Tofuku-jiTofuku-ji
Tofuku-jiTofuku-ji
Tofuku-jiTofuku-ji

Tofuku-ji Do kolejnej świątyni szło się długim zadaszonym podestem, na którego początku kasjerka kasowała bilety przy pomocy starodawnego młotkostępla. Podest biegł nad wąwozem rzeki i jesiennym parkiem. Na japońskich klonach liści jest z dnia na dzień coraz mniej. Większość spadłych z drzew czerwieni, pomarańczy i żółci przykrywa teraz zielone mchy i paprocie. Może to nawet lepiej mieć bliżej do tych wszystkich kolorów i szeleszcząc, rozkopywać jesień przy każdym kroku? Świątynia słynie oczywiście z ogródka zen. W sztucznym jeziorku widoczne były jeszcze ślady nocnych przymrozków, z których jednak nic nie robiły sobie ani dwa stare, splecione od samych korzeni, soczystozielone miniaturowe drzewa, ani dwie młode Japonki ubrane w kwieciste kimona i klapki. Zielono im jeszcze wszystkim w głowach.

Żwirek postmodernistyczny

Tofoku-ji Tofoku-ji Tofoku-ji

Tofoku-ji Tofoku-ji Trzeci, najpiękniejszy ogródek odkryliśmy po długich poszukiwaniach za białym murem i inną bileterką zbierającą po 400 jenów. Jak napisano w broszurze, słynie on z harmonijnego połączenia tradycji ze współczesną sztuką awangardową. Powstał w 1939 roku, czyli stosunkowo niedawno jak na tutejsze ogrody, ale wydał nam się dużo bardziej tradycyjny niż np. słynne kilkanaście kamieni na żwirze ustawionych na tle plamiastego murku. Ogród otaczał budynek świątyni ze wszystkich stron, z każdej uwagę przyciągał inny element krajobrazu: raz kółka na żwirze, raz przesoczysta zieleń mchu skontrastowana z czerwienią liści, raz woluty konaru drzewa, a innym razem geometryczna pikseloza kwadratowych obszarów mchu i kamienia. Wszystkie kontrasty doskonale podkreślała gra światła i cienia w słoneczne popołudnie. Żałuję, że wszystkich tych cudów nie potrafią oddać ani fotografie, ani tym bardziej moje słowa.

Alicja po drugiej stronie bramy

Chram Fushimi Chram Fushimi Chram Fushimi

Chram Fushimi Chram Fushimi Zdjęcia zaplanowanego na dziś chramu widzieliśmy już we wszystkich przewodnikach. Szereg charakterystycznych bram torii układa się na nich w rozświetlony pomarańczowy korytarz. Miejsce wydało się nam imponujące, bo identycznych bram musi być chyba z kilkadziesiąt, i musieliśmy to zobaczyć na własne oczy. Powiem tylko, że nie udało się obejrzeć wszystkiego. Nigdzie nie znaleźliśmy informacji, ile bram stoi na tej wielkiej górze zajętej przez chram, ani ile kilometrów mają tworzone przez nie korytarze, ale chodziliśmy nimi ponad godzinę, niestety nie mogąc przeczytać pracowicie wyrytych w bramach inskrypcji. Podobno każda z bram została postawiona przez jakiegoś wiernego w podzięce za spełnione życzenie, które zapewne wypisane jest na pomarańczowym drewnie. Za mniejsze prośby funduje się bóstwom małe bramki. Te stoją, leża i wiszą przy każdym z tysiąca ołtarzyków. Najmniejsze mają kilkanaście centymetrów i w każdym z wielu sklepików kosztują około 100 zł. Dlatego jeszcze ciekawsze niż to, ile jest wszystkich bram, jest ich sumaryczna wartość oraz to, kto rozkręcił cały ten interes. Wierni, którzy obchodzą bramowy labirynt, modlą się w przydrożnych kapliczkach, jedzą w rozstawionych na każdym rogu restauracjach, wróżą z brzęczących puszek oraz kupują pamiątkowe liski i żabki, robią wszystko z takim przejęciem i skupieniem, jakby naprawdę widzieli duchy zamieszkujące górę. Nie mogę też przestać się dziwić tym przeogromnym centrum zabobonności i ludyczności, szczególnie, że napotkani pielgrzymi wydają się mimo wszystko całkiem inteligentnymi, normalnymi ludźmi.