Dzienniki Kiotijskie:
06.12.2008, czyli chlapaczka zen i zupa z mydła

Słona cena i słona herbata

Latarenka Z dzisiejszego zwiedzania możemy wyciągnąć wniosek, że im dalej od centrum, tym mniejsze i droższe są buddyjskie świątynie. Często dzięki temu pierwszemu mają tez więcej uroku, a dzięki temu drugiemu — mniej turystów. Niestety, zrobiło się bardzo zimno (to znaczy kilka stopni), więc wymarzliśmy dziś okropnie, szczególnie chodząc boso po drewnianych podestach nad ogrodami. Teraz ogrzewamy się ciepłą sake. W jednej świątyni poczęstowano nas nawet herbatą — przynajmniej tak nazwał to jakiś mówiący po angielsku Japończyk. Przyznaję, było ciepłe i zielone, ale to chyba tyle. Smakowało jak rosół z kostki i nawet ów pan powiedział, że nie może tej herbaty pić, bo ze względu na problemy z nerkami unika soli. Jakoś nie raziło go użycie w jednym zdaniu słów „herbata” i „sól”.

Gwizdnęliśmy trawkę

Bambusy Bambusy Bambusy

Bambusy Pierwsza świątynia nie dorównywała cenie biletu (500 jenów) ani wielkością, ani też pięknem. Kamienno-mchowy ogródek niczym nie zaskakiwał, a w dodatku prawie wszędzie obowiązywał zakaz fotografowania. Rozczarowani pojechaliśmy zobaczyć park, a w nim wielkie sztuczne jezioro i centrum konferencyjne. Jego budynki to ogromne betonowe szkaradztwa oddzielające wodę od zajesienionych gór, które psują krajobraz i wszystkie ewentualne zdjęcia okolicy. Okrążyliśmy jezioro i szukając kolejnej świątyni, trafiliśmy do lasu bambusowego. Widok i atmosfera oszołomiłaby każdego. Pośród młodych bambusów (których łodygi są zielone w ciemniejsze paski) i starych bambusów (które mają jasne prążki na szarozielonym tle) rosną zwyczajne, rozgałęziające się drzewa, a na ziemi leżą przewalone, próchniejące bambusy. Pozazdrościliśmy Japończykom płotów, drabin i pojemników wykonanych z tych niesamowitych traw i chcieliśmy sobie znaleźć budulec na wazon albo coś innego. Niestety nawet uciętych lub przewalonych bambusów właściwie nie da się złamać. Znaleźliśmy dwa mniej więcej metrowe kawałki łodyg o średnicy może 7 cm i zabraliśmy ze sobą. Transport do motelu był już bardzo skomplikowany, więc nie wiem, jak damy sobie radę w samolocie. Widzieliśmy też półmetrowy kawałek o średnicy pewnie kilkunastu centymetrów, doskonały na wazon. Niestety ważył kilka kilogramów i spakowanie go wykluczyłoby wzięcie innych pamiątek i prezentów.

Kamienie filozoficzne

Ogród Ogród

Ogród Zwiedzanie kolejnej świątyni polegało na kluczeniu od jednego pawilonu do kolejnego i odnajdywaniu za każdym razem nowego, niezwykle dopieszczonego ogródka ze żwirku, głazów i roślin. W największym ciekawie ukształtowane wyspy zieleni kontrastowały z pofalowanym morzem kamyczków i czerwienią drzew w tle. Najdoskonalej oddano żwirkową rzekę płynąca przez wyspę, a mającą źródło wśród korzeni małego drzewa. Kontemplację krajobrazu zaburzał niestety tłum Japończyków, którzy robili sobie zdjęcia na tle płotu, bo cały ogród zasłaniali swoimi postaciami. Inni z namaszczeniem fotografowali ogród. Może przyklejają sobie w domach filozoficzne fototapety, by patrząc na ścianę, dociec sensu życia?

Równoważnia pluskająca

OgródOgród
OgródOgród
OgródOgród

Ogród Zwiedzanie zakończyliśmy w przepięknej świątyni Shisen-do. Tam spełniło się jedno z moich japońskich marzeń, ale były też inne źródła radości. Po pierwsze zamiast żwirku wysypany był piasek, do formowania którego używa sie innych grabi, przez co fale są znacznie subtelniejsze i łagodniejsze. Uwagę przykuwało też kilka przepięknych zbiorników na wodę i wyspy ukształtowane ze starych korzeni drzew, a nie z kamieni. Ale największą atrakcją było sōzu, znane mi dotąd tylko z filmu „Kill Bill”. Chyba do dziś nie wierzyłam, że takie urządzenia istnieją poza kinową fikcją. Służą podobno do odstraszania dzikiej zwierzyny, a teraz pewnie bardziej do wywoływania irytacji u znudzonych już ich dźwiękiem mieszkańców. Są to zamontowane pod strumieniem huśtawki ze zbiornikami na wodę na jednym końcu. Kiedy naczynie się napełni, przeważa szalę, najpierw słychać stuk a potem chlupot wylewanej wody i zabawa zaczyna się od początku. Zwykle wykonuje się je z bambusa. To, które dziś widzieliśmy, jest jedynym tak starym zachowanym w tej części Japonii. Zainteresowanym lub zestresowanym polecamy krótki film. Naszym zdaniem można go oglądać w nieskończoność.

Jarzynowo-grzybowa

Zupa Zupa

Na kolację, trochę z okazji Mikołaja, chcieliśmy ugotować zupę. Zaopatrzeni w japońską książkę kucharską po angielsku przystąpiliśmy do sporządzania listy zakupów. Zwykle nie przysparza to większych problemów, ale w Japonii wszystko jest trudniejsze. Ze składników znaliśmy marchewkę i sos sojowy, sake oraz po dwutygodniowym pobycie — także tofu. Pozostałe produkty z pomocą internetu wypisaliśmy na kartce po angielsku, japońskimi znaczkami, chińskimi oraz pismem obrazkowym. Listę można zobaczyć na jednym ze zdjęć. Tak przygotowani uderzyliśmy do naszego osiedlowego sklepu. W miarę szybko znaleźliśmy mydło (podobno to żel zrobiony z korzeni jakiejś dziwnej rośliny, która ma smak owoców morza), długie brązowe badyle i jakby korzeń pietruszki, ale lepki i maziowaty w dotyku i ziemniaczany w smaku. Do teraz jednak nie jesteśmy pewni, czy kupiliśmy właściwe rzeczy, bo żadne znaczki się nie zgadzały i identyfikowaliśmy je jedynie po wyglądzie. Grzyby miały być jakieś konkretne, ale po ususzeniu przecież wszystkie wyglądają tak samo. Wybraliśmy jedne losowo i dokupiliśmy jeszcze świeże o kształcie patyczków do czyszczenia uszu. Wszystkie wyglądają na bardzo trujące, mają blaszki i rosną na drzewach. Możliwe więc, że piszę relację ostatni raz. Znalezienie lodówki z tofu to łatwizna, tak jest wielka, ale wybranie odpowiedniego to dla nas wyzwanie. Wzięliśmy najmniejsze, najtańsze i najbardziej białe. Z pastą miso i zupą z wodorostów instant sobie nie poradziliśmy. Półek z suchą lub inaczej przetworzoną żywnością jest tu mnóstwo, żadne znaczki nie przypominały tych na naszej kartce, a pastę czy proszek raczej trudno poznać po wyglądzie. Poszliśmy z naszą piękną karteczką do kasjera, a on popatrzył i zaprowadził nas raz do lodówki, a raz między makarony i dał jakieś dwie paczki. Zachował przy tym śmiertelną powagę. Może ma zakaz śmiania się z klientów, ale wyobrażam sobie, że zaraz po pracy musiał się podzielić tą historią ze wszystkimi znajomymi. Za skladniki do zupy zapłaciliśmy jakieś 2000 jenów (ponad 60 zł) i gotowaliśy ją przez ponad godzinę. Każdy ze składników trzeba osobno wymoczyć lub wygotować, osuszyć, pokroić lub podrzeć w rękach. Niektóre są obrzydliwe w dotyku, patyki pachną zielonym groszkiem, ale brudzą, mydło śmierdzi rybą na całą kuchnię, tofu się ciapie, a grzyby-waciki nie dają się rozdzielać ani pogryźć. Smak zupy określiłabym jako interesujący i nieprzeciętny. Nie wiem, co powiedziałby o niej tubylec, ale zostało nam sporo na jutro, więc możemy kogoś poczęstować. Zainteresowanym chętnie udostępnimy też przepis, choć obawiam się, że poza Japonią mydło i waciki do uszu sprzedaje się tylko w kosmetycznym i chyba rzadko nadają się do jedzenia. Zupy z wodorostów instant mamy jeszcze 23 saszetki, każda na 1200 ml wody, możemy się podzielić.