Dzienniki Kiotijskie:
05.12.2008, czyli jak zjadłam mydło i układ rozrodczy ryby

Deszczowa piosenka i Gwiezdne wojny

Obcy Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem deszczu oraz zaskoczeń i rozkoszy podniebienia. Całe przedpołudnie padało, a nawet lało. Mateusz pojechał na rowerze z naszym nowym parasolem, ale ten nie uchronił go przed wodą, bo rower górski nie ma błotników. Ja też, mimo przeciwdeszczowej kurtki i błotników, dojechałam sucha tylko w górnej połowie, bo spodnie całe namokły i obciekały przez kolejną godzinę. Japończycy mają oczywiście na taką pogodę patenty. Nie dość, że każdy porusza się z parasolem, to niektórzy jeszcze zakładają foliowe nawet nie peleryny, lecz dwuczęściowe dresy. Wielu tubylców nosi do tego na co dzień maseczki nibychirurgiczne. Jak człowiek tak jedzie przez miasto bez tej całej odzieży ochronnej, to wydaje mu się, że porusza się po obszarze skażenia lub epidemii. Do tego mnóstwo tu mundurowych. Poza policjantami zatrzymującymi niewinne rowerzystki z zachodu, co kilkanaście metrów widzi się japońskich rycerzy Jedi z odblaskowymi szelkami i świecącymi pałkami. Stoją przy każdym wyjeździe z parkingu i dyrygują ruchem. Nie mają zbyt dużych uprawnień, właściwie ich rola ogranicza się do pokazywania, czy coś jedzie, czy nie, ale mimo to są niezwykle przejęci swoją pracą i kłaniają się uprzejmie wszystkim, których przepuszczają. Nie o takiej pracy marzą pewnie wszyscy młodzi pasjonaci Gwiezdnych wojen.

Mydło w sosie sojowym

Tofu Nie zniechęcona eksperymentami z tofu, wzięłam dzisiaj na stołówce fioletowoszare mydło w czarne kropki. Nie wyglądało zbyt smacznie, więc na wszelki wypadek zalałam je sosem sojowym. Po bliższym zapoznaniu przekonałam się, że nie wygląd, a konsystencja była w tym czymś najbardziej ekstremalna. Okazało się, że mydło jest trudnym do pokrojenia (zwłaszcza przy pomocy pałeczek) sprężystym glutem wyślizgującym się zmiędzy pałeczek. Smaku nie odnotowałam. Przypuszczamy, że obiekt został wytworzony z glutenu. Japończycy, którzy we wszystkim odnajdują dobre strony, mówią, że glut(en) dobrze wpływa na zdrowie. Oprócz mydła, ryżu, tempury i sałatki wybrałam także tajemnicze kulki. Leżały obok ryby i pokrywała je panierka, zatem nic dziwnego, że bliska byłam oblania ich sosem majonezowym. Kiedy zabrałam się za nie między krewetką i sałatą, profesor zrobił trochę dziwną minę. Niezrażona tym przekroiłam kulkę i zobaczyłam w środku pastę z ciemnej fasoli. Kiedy kulkę ugryzłam, zrozumiałam zdziwienie profesora — smażonka była deserem, nie wiem, z czego była pasta, ale całość zawierała sporo cukru. Musiałam dla tutejszych wyglądać jak turysta w Polsce, dekorujący kapuśniak bitą śmietaną.

Japoński w weekend

Góry Spodziewałam się dalszych opadów, więc na popołudnie zaplanowałam zakupy (nie padało i było pięknie widać góry). Odnalazłam anglojęzyczną księgarnię z mnóstwem książek o Japonii, ale nie po japońsku. Bardzo dumni ze swojej kultury Japończycy sprzedają między innymi następujące poradniki: sushi dla początkujących, sushi dla zaawansowanych, sushi dla opornych, sushi dla Japończyków, kaligrafia japońska, ogródki żwirkowe, ogródki piaskowe, ogródki zen, bonzai (też na wszystkich poziomach), biżuteria z origami, samoloty z origami, poduszeczki z jedwabiu, pasy do kimon, szycie kimon, kulki oklejone sznurkiem, farbowanie tkanin, haft japoński, Taekwondo i podstawy gramatyki japońskiej. Nie będę szczegółowo opisywać swoich dzisiejszych zakupów, bo prezenty lubią być niespodziankami.

Surowe wnętrze (ryby)

Ryba Na kolację profesor zaprosił nas do restauracji. Poszedł z nami jeszcze jeden Japończyk, który posługiwał się dziwnym nawet jak na japońskie standardy narzeczem języka angielskiego. Przez to doszło do paru niegroźnych nieporozumień. Kelnerka przyniosła nam dwie karty, jeśli dobrze zrozumieliśmy, jedną z wyborem piw, a drugą — kolacji. Menu nie miało obrazków, a nawet ceny pisane były po półjapońsku: pierwsza cyfra krzakiem, a potem zwykle dwa zera. Całe szczęście gospodarze wzięli na siebie wybór potraw. Powiedzieli nam coś o dwóch, które zamówili, a przez cały wieczór dostaliśmy chyba ze sto miseczek i talerzyków. Po przyjęciu zamówienia kelnerka wróciła do nas z całą (na szczęście martwą) różową rybą. Pogadała coś po japońsku i rybę zabrała. Podobno nam ją proponowała do zjedzenia, ale zdecydowaliśmy się na coś innego. Wyobraziłam sobie polskiego kelnera przechadzającego się od stolika do stolika z nieoskubanym kurczakiem. Tymczasem po demonstracji ryby dostaliśmy przystawkę: po dwie malutkie miseczki, jedna z sosem, druga z majonezem. Zastanawiałam się, jak niby mam to zjeść pałeczkami. Chciałam je lekko umoczyć, a wyciągnęłam cały wcale nie majonez z miseczki. Całe szczęście ani profesor ani my nie znamy angielskiego na tyle, by zrozumieć, jaką dokładnie część ryby zjadłam, ale biaława, mięciutka i delikatna spiralka pełni zwykle u ryby jakieś funkcje płciowe. Dziwnie mi o tym pisać, ale było to naprawdę smaczne. Potem dostaliśmy długi półmisek przeróżnych surowych ryb i owoców morza podanych wśród kwiatów, mikroskopijnych pudełeczek z dodatkami, kuleczek z ryżu ozdobionych limonką i wasabi oraz trawników ułożonych z kiełków. Kiedy opróżniliśmy ten ogródek, przyniesiono zupę, z której należało wyjeść tempurę i tofu. Podano też sałatkę (z rybą oczywiście), poskładane w harmonijkę omlety i kiszonki. Jedna smakowała dokładnie jak ogórki małosolne, choć wątpię, by proces produkcji choć trochę przypominał nasz rodzimy. A tak na marginesie, jeśli ktoś uzna, że już umie posługiwać się pałeczkami, niech spróbuje złapać nimi marynowanego grzybka. Na koniec na stole postawiono palnik gazowy, byśmy, z tego co zrozumiałam, ugotowali sobie zupę. Obsługa bardzo nam w tym pomogła, przyniosła garnek z rosołkiem, plastry mięsa oraz materiał na kotlety mielone, mnóstwo kapusty i trochę innej włoszczyzny. Wrzucili wszystko do garnka, a myśmy już mieli tego sami sobie dopilnować i zupę przyprawić. Nie wiem, czy byliśmy tak głodni, czy takie tu panują zwyczaje, ale nie wyczekaliśmy, aż zupa się ugotuje, wyjedliśmy z niej półsurowe składniki i poprosiliśmy o rachunek. W nagrodę za zapłacenie dostaliśmy herbatę. Wcześniej do posiłku piliśmy kiotijskie piwo i sake — raz na gorąco, raz na zimno, każde i każdy w innym naczyńku. Swoją drogą to dość niesamowite, że choć każda z setki miseczek pochodziła z innej zastawy, wszystkie wyglądały razem na stole doskonale. Podobnie jedzenie, każde danie z osobna to nic szczególnego, ale razem tworzą doskonałą kompozycję prostych smaków.