Dzienniki Kiotijskie:
04.12.2008, czyli Ogura-Góra i fallusowy ogród

Japoński film

Film Film Film

Profesor postanowił spędzić dzisiejszy dzień ze swoją rodziną, a Mateusz — ze swoją. Na początek pojechaliśmy w nasze okolice, pod same góry, więc ostro pod górę. W pierwszej świątyni napotkaliśmy prawdziwą ścianę komunikacyjną. Pan w małej budce mówił do nas po swojemu, my do niego po angielsku (choć równie dobrze moglibyśmy mówić po polsku). W końcu wyciągnęliśmy portfel i wręczyliśmy panu banknot. Pobrał od nas 800 jenów i chyba obiecał oprowadzić. Nie ma to jak lokalny przewodnik, wszystko wyjaśni, opowie historię. Zrozumieliśmy słowo „wideo”, ale i to mogło być przypadkiem. Uratowała nas inna turystka, która została naszym tymczasowym tłumaczem i wyjaśniła, że pan odtworzy nam czternastominutowy film. Usiedliśmy na krzesełkach, pełni nadziei, że pani dobrze zna angielskie liczebniki i nie utkniemy tam np. na czterdzieści minut. Szczególnie, że film był po japońsku i głównie (przynajmniej wizja) o gałęziach wiśni wokół świątyni. Potem zwiedziliśmy przeuroczy ogród wokół świątyni, ze żwirkiem, mchem i wszystkim, czego trzeba, żeby uspokoić się po trudnej rozmowie z panem bileterem.

Precz z firankami

Okna Okna

Okna Kiedy w kolejnych dwóch świątyniach zażądano od nas opłaty (a byliśmy na prawdziwych przedmieściach, w nieturystycznej okolicy), zrozumieliśmy, że zwiedzenie wszystkich jest niemożliwe także ze względów finansowych. Przez cały dzień odwiedziliśmy ich osiem, płacąc w sumie 6200 jenów, czyli około 200 zł. Ale nie żałujemy. Dużo wiecej kosztowałoby nas wywołanie dzisiejszych zdjęć. Np. tych zrobionych przez okno w kolejnej świątyni. Najważniejsze w niej (podobno także ze względów religijno-filozoficznych) były dwa okna — kwadratowe i okrągłe, z pięknym widokiem na ogród, zmieniającym się wraz z punktem widzenia, a pewnie także i porą roku. Ogród był naprawdę przepiękny, a ujęty w proste ramy ściany i drewna, podziwiany z miękkiej maty tatami, przypominał japońską flagę i mówił wszytko o japońskim pięknie. Miło pomyśleć, że dzięki sąsiadowi również nasze mieszkanie we Wrocławiu niesie ślady zen. Dziękujemy.

Tuż nad ziemią

Nad ziemią Nad ziemią

Nad ziemią Potem udaliśmy się do kolejnego zagłębia świątyń w dzielnicy (lub może raczej wsi) Sagano na zachodzie Kioto. Chcieliśmy nie tracić zdobytej z trudem wysokości i pojechać obrzeżami miasta. W efekcie jechaliśmy po małych i większych pagórkach, raz zjeżdzając drogą o spadku 21% na obu hamulcach, a na podjazdach czasem prowadząc rowery. Wysiłek wynagrodziła nam już pierwsza świątynia — Daikakuji. W przestronnym ogrodzie tradycyjne pawilony i pagody łączył labirynt zadaszonych drewnianych chodników. Wszystko opierało się na rusztowaniach i sprawiało wrażenie zawieszenia nad zamszonymi (zamszowymi? zmechaconymi?) ogrodami. W jednej z pagód daszki pomalowano na pomarańczowo, a podest polakierowano na czerwono. Wszystko to płonęło w oczach, odbijając południowe słońce. Świątynia stanowi dla kiotijczyków cel wypadów za miasto, a jej największą atrakcją jest ogromne sztuczne jezioro wykopane na kształt jakiegoś naturalnego w Chinach. Można je obejść cudowną ścieżką wśród drzew i nawet pogłaskać chyba jedynego lubiącego pieszczoty kota w Japonii.

Daleko

Kolejne świątynie, położone na zboczach góry Ogura, plączą mi się i łączą w pamięci w wielki kolaż jesiennych liści, mchu, strumyków, daszków i kamieni. Cały dzień przechodziłam z ogródka do ogródka, z lasu bambusowego na cmentarzyk, po schodzkach, przez mostki, między płotkami, za każdym razem dalej od wielkiego świata, za każdym razem zieleniej i zeniej. I chyba się zaplątałam.

Japońska ziemia

Na wsi Na wsi

Na wsi Cała okolica Sagano całkowicie różni się od miejskiej zabudowy Kioto. Uznaliśmy ją za namiastkę japońskiej wsi. Wzdłuż bocznych dróg ciągną się niesamowicie zadbane poletka. Każdy skrawek między wiejskimi domami wykorzystuje się na małą uprawę wielkiej rzepy. Tej produkuje się tu niewyobrażalne ilości, a używa się chyba nie do jedzenia, lecz po starciu jako podkładu do podawania surowej ryby, która nie może leżeć bezpośrednio na talerzu, a nawet na styropianowej tacce w sklepie. Japończycy traktują każdy kawałek ziemi z niespotykanym nawet w Holandii szacunkiem. Pola podzielone są na grządki, regularniejsze i dokładniej wyplewione niż babcine przydomowe ogródki w Polsce. Każdy wiejski domek otacza ogródek z krzewów i skałek. Ścieżki układa się na żwirku z nieregularnyh kamieni, przez co wyglądają jak prowizoryczne przeprawy przez bród rzeki. Zdjęcia japońskiej wsi mogłyby służyć za ilustracje do dziecięcych bajek. Człowiek rozgląda się, podziwia i tylko żałuje, że wszystko to nie może być prawdziwe.

Nie powiem jaki ogród

Fallusy Fallusy W Sagano natknęliśmy się też na sklep z kamieniami, chyba szkółkę drzewek oraz nietypowy ogród. Wśród drzew i skałek stał posąg Buddy oraz kilkanaście starannie wyrzeźbionych w kamieniu i wyszlifowanych fallusów monstrualnych rozmiarów. Po krótkim spacerze również z pozoru niewinne skałki okazały się być modelami wagin, odtworzonymi ze wszystkimi szczegółami anatomicznymi. Pierwszy raz czułam się w ogrodzie skrępowana, choć zdaję sobie sprawę, że wschodnia kultura charakteryzuje się bardziej bezpośrednim podejściem do seksualności. Ogród znajdował się tuż przy drodze, pospacerowaliśmy po nim tylko przez chwilę, bo im dalej w las, tym więcej...

Kwitnie, gdy pada

Z naszej długiej i męczącej wyprawy poza sushi na kolację i owocami kaki na śniadanie przywieźliśmy parasol. Może to dziwne, ale nigdy nie mieliśmy takiego urządzenia, a tutaj wydaje się najpopularniejszym po maszynce do gotowania ryżu i czajniku. Nasz ponadto to egzemplarz wyjątkowy. Jest powlekany jakimiś (mamy nadzieję, że mimo wszystko wodoodpornymi) substancjami, które przyciągają lub odpychają wodę. Obszary skupiania wody układają się w kwiatowy wzór, który widać dopiero, gdy parasol zmoknie. Nie, nie daliśmy się wcale głupio nabrać. To rzeczywiście działa. W sklepie obok parasola wystawiono spryskiwacz i wszystko sprawdziliśmy. Japończycy naprawdę potrafią kształtować nawet krople wody.