Dzienniki Kiotijskie:
03.12.2008, czyli butik z batikami

To fu tofu

Dzisiejszy lunch poświęciłam przekonywaniu się do tofu — bezkształtnej, bezsmacznej (bo tu rozróżnia się rzeczy bezsmaczne i niesmaczne) białawej substancji sojopochodnej. Wzięłam smażony trójkąt i surową kostkę ze szczypiorkiem. Pierwsze było smaczne, bo smakowało smażeniem. Drugie miało dokładnie tyle smaku, ile w szczypiorku. Profesor objaśnił, że powinnam polać to sosem sojowym. Świetnie, wtedy smakowałoby jak sos sojowy i szczypiorek. Ale po co zatem tofu? Do smażenia rozumiem, bo nie można zjeść samego smaku smażenia, ale sos i posypkę bez problemu można podawać solo. Zatem lubię tofu, jeśli jest podawane z czymś, co lubię. W czasie posiłku profesor zachwalał nam wycieczkę w góry, których wokół Kioto nie brakuje. Podobno bardzo łatwo spotkać w nich dzikie małpy (ale raczej makaki niż szympansy). Nawet się nie zdziwił naszym entuzjazmem, bo jak opowiedział, gościł tu kiedyś kogoś z Niemiec, kto bardzo wypytywał się o małpy i profesor nie mógł pojąć, co w nich takiego ekscytującego. Potem mu objaśniono, że w Europie małpy są chyba tylko na Gibraltarze. Zatem nakręciliśmy się na góry i na małpy. Jeśli się nam uda, obiecuję zrelacjonować.

Ni ci nici (chyba bez sensu, nie?)

Tekstylia Tekstylia Tekstylia Tekstylia Tekstylia

Tekstylia W ramach kolejnego babskiego popołudnia pojechałam do Centrum Rzemiosła Tekstylnego, które okazało się bardziej sklepem niż muzeum. Na kilkunastu stoiskach sprzedaje się torebki, torebeczki, kosmetyczki, portfele, portmonetki, etui na okulary, etui na wachlarze, etui na szminki i etui na długopisy. Wszystko uszyte z tutejszych tkanin. Można też kupić same materiały, najczęściej w małych kawałkach (głównie ze względu na cenę). Króluje jedwab w bardzo kolorowe, typowo japońskie wzory. Może być farbowany, wzorzyście tkany lub haftowany. Z jedwabiu szyje się także krawaty, często bardzo ładne, ale zawsze bardzo drogie. Centrum oferuje też przymierzanie kimon (za odpowiednią opłatą oczywiście). W jednym końcu galerii zgromadzono tradycyjne krosna i inne niezbędne maszyny. Wciąż działają, obsługiwane przez niezwykle zręcznych rzemieślników. Wygląda na, że oferowany towar wyrabia się naprawdę na miejscu. Pracy tkaczy można się z bliska przyjrzeć, można z nimi nawet porozmawiać, jeśli zna się japoński. Największe wrażenie robił hafciarz, który ze szkłem powiększającym w oku wyszukiwał brakujących węzełków w nieregularnym hafcie z motywem pawia i kwiatów. Niestety akurat nikt nie pracował na stanowisku batikowym. Pooglądałam i podotykałam przygotowane do farbowania i już zabarwione tkaniny oraz książkę instruktażową — po japońsku. Tak tutejsi artyści strzegą tajemnic swego rzemiosła przed obcymi.

Zchramiały Budda

Światynia czy chram Światynia czy chram

Światynia czy chram Wieczorem chcieliśmy znaleźć świątynię Myoen. Tymczasem trafiliśmy do chramu, którego nie było na mapie. Stwierdziłam nawet, że to najładniejszy, bo najbardziej odpustowy, chram, jaki widziałam. Było tam wszystko; mnóstwo bram, daszków, ołtarzyków, dzwonków, kapliczek, latarni drewnianych i kamiennych, kamieni z inskrypcjami, wiatraczków, pomponów, karteczek na sznurkach, maskotek, figurek, nawet rzeźba Buddy. Rzeźba Buddy? To zasiało w nas pewne wątpliwości. I ta brama jakaś buddyjska, choć przed nią już typowe sintoistyczne przejście. Do tej pory nie mamy pewności, gdzie byliśmy, ale wszystkie znaki wskazują, że odnaleźliśmy najbardziej jarmarczną świątynie buddyjską w Kioto. Potem trafiliśmy do jeszcze jednej, też dziwnej, bo zajętej przez przedszkole. Szkraby w pomarańczowych czapeczkach (zapewne żeby było je łatwiej znaleźć w pobliskim lesie) z radością biegały po placu zabaw zlokalizowanym między świętym dzwonem i ołtarzem. Przed ucieczką chronić je miały tradycyjne drewniane płotki. Nie zdziwiłabym się, gdyby zamiast leżakowania brzdące miały zazen, czyli medytację na siedząco, a na podwieczorek bambusową chochlą pani przedszkolanka nalewała im z ogrodowego źródełka różowy kisiel.

Kuriozów sakralnych ciąg dalszy

Wiatraczki
Wiatraczki
Takie jak na naszym wiejskim odpuście, kolorowe i kiczowate, plastikowe, na patyku. Tutaj mocuje się je tak blisko siebie, że nawet jakby szalała wichura, to żaden by nie drgnął, bo zahacza o sąsiadów. Ustawia się je rzędami niczym płotki. Brakuje tylko waty cukrowej i kataryniarza. Razem z żwirkowymi ogrodami zen tworzą antypody buddyjskiej estetyki. Widać i tandeciarze muszą mieć swoją karmę.
Pluszaki
Pluszaki
Zamiast życzeń, buddyści na sznurkach wieszają maskotki. Myszki, krówki, misie, pszczółki i pokemony dyndają między posągiem buddy i latarnią. W buddyzmie podobno każda dusza ma swoją drogę i przechodzi wiele reinkarnacji. Może ta mała instalacja miała pokazać czyjeś kolejne wcielenia? Może jakiś infantylny mnich robił pranie? A może po prostu ja znów czegoś nie rozumiem?