Dzienniki Kiotijskie:
02.12.2008, czyli zieloni w Japonii

Czaple i gołąbki

Ptaki Ptaki Ptaki

Ptaki Przedpołudnie przespałam, a Mateusz pojechał na uczelnię. Po drodze zrobił kilka ładnych zdjęć czapli. Spotkaliśmy się na wczesnym obiedzie. Chyba wzięliśmy sobie zbyt do serca to japońskie jedzenie oczami i wzięliśmy bardzo dużo talerzyków i miseczek. Mateusz: zupę z kluskami i kurczakiem, smażoną rybę, średni ryż, takie czarne, co bardzo lubimy, szpinak. Ja: zupę z kluskami, jajkiem (gotowanym w zupie w całości, lecz bez skorupki) i tempurą, krewetki w panierce, średni ryż, to samo czarne, gołąbka (ryż z mięsem w kapuście, jak u nas, tylko jeszcze przewiązany na kokardkę makaronem). Objedliśmy się niemiłosiernie, ale niestety zabrakło czasu na drzemkę. Mateusz poszedł na wykłady, a ja z racji pięknej pogody postanowiłam spędzić czas na powietrzu i wybrałam się do zoo.

Ogród żelbetonowy

Zoo Zoo Zoo
Zoo
Zoo
Zoo
Zoo

Podobno zoo w Kioto jest najstarsze w Japonii. Niestety nie ma nic z uroku innych starych obiektów w mieście. Zajmuje dość małą powierzchnię, ale wstęp kosztuje 500 jenów. Odwiedzają je głownie wycieczki szkolne, rodzinki z małymi dziećmi i uczniowie szkół plastycznych (albo tylko dziś było ich tak dużo). Miałam nadzieję zobaczyć w nim zwierzęta typowo japońskie, których w mieście pewnie nie spotkam. Wiewiórki japońskie niestety się gdzieś pochowały i widziałam tylko tabliczkę. Marzyłam tez, że może tu uchowała się po sąsiedzku jakaś panda, ale po kilku minutach zwiedzania chciałam, żeby w tutejszym zoo było jak najmniej zwierząt. Zawsze daleka byłam od agresywnej ekologii, ale to ruszyłoby każdego. Wybiegi właściwie nie istnieją. Zwierzęta żyją w małych pomieszczeniach, w których ledwo mogą się obrócić. W środku nie ma żadnych roślin tylko szary beton i kraty. Naturalne środowisko lasu imitować mają spawane zardzewiałe konstrukcje i żelbetonowe platformy. I gdzie to perfekcyjne japońskie naśladowanie natury? Gdzie bambusowe płotki, źródełka i umiłowanie do naturalnych skał? Wyszłam rozczarowana i dużo szybciej niż planowałam. Zresztą nie ma tu zbyt wiele gatunków zwierząt, choć klimat japoński wydaje się bliższy egzotycznym rejonom. Wrocławskie zoo wydaje się doskonalsze pod każdym względem.

Czerwone kółko na białym tle

Muzeum Muzeum Muzeum
Muzeum Muzeum

Ambitną przeciwwagą dla godziny wśród szympansów miała być wizyta w muzeum sztuki współczesnej (bilet 420 jenów). Okazało się, że wystawa stała zajmuje jedno z czterech pięter budynku. Chcąc zwiedzać zgodnie z chronologią, zajrzałam na datowanie pierwszego obrazu na lewo od drzwi. Zobaczyłam lata sześćdziesiąte i stwierdziłam, że na pewno idę w dobrym kierunku. Później przekonałam się, że był to najbardziej współczesny obraz w muzeum. Spodziewałam się, że japońska sztuka współczesna dla Europejki okaże się bardziej japońska niż współczesna. Myliłam się niestety. Pewnie znów coś sprofanuję, ale porwę się na stwierdzenie, że nieważne, czy współczesna sztuka powstaje w Stanach, Hiszpanii, Polsce czy Japonii, ja nie potrafię tego rozróżnić, dla mnie plama to plama. Dla unaocznienia może podam kilka przykładów. Obraz podobno inspirowany chińską literaturą - bardzo dużo granatowej farby olejnej na bardzo dużym prostokącie. Dzieła zresztą mają często równie wymowne tytuły: „Obraz 1”, „Obraz A” albo wiele mówiący (bo przecież więcej niż sam numer czy sama literka) „LA92-CA729”. Jedne plamy nawet mi się podobały, bo wyglądały jak lody jogurtowe z owocami leśnymi. Ciekawe wydały się także grafiki, niestety informacja o technice wykonania była tylko po japońsku. Moją uwagę zwrócił też jedyny w moim przekonaniu japoński obraz. Niestety oprócz tutejszości niewiele odnalazłam w nim innych zalet. Spośród wystawianych artystów znałam dwa europejskie nazwiska: Picasso i Roden, ale to może niekoniecznie świadczy o jakości kolekcji, a raczej o mojej niewiedzy w temacie. Jak się bardziej zastanowię, to chyba do dziś nie znałam żadnego japońskiego malarza, nie tylko współczesnego. Najciekawsze zaś w muzeum były panie z obsługi. Siedziały w każdej sali na krzesłach idealnie wyprostowane, nie dotykając nawet plecami oparcia i ani drgnęły. Podążały tylko wzrokiem za niektórymi gośćmi muzeum. Na obrazy pewnie nie mogły już patrzeć.

Ryżowe faworki na oleju sezamowym

Wieczorem chcieliśmy upiec faworki, żeby dać spróbować profesorowi dobrych polskich słodyczy. Przygotowanie naszego jedzenia nie jest jednak w Japonii łatwe. Jak się już coś uda zlokalizować w sklepie, to okazuje się inne niż u nas. Mąka jest drobniejsza i wcale nie mamy pewności, że pszenna, a nie ryżowa. Śmietana występuje tylko słodka w sensie niekwaśności i dodatkowo słodka w sensie zawartości cukru. Spirytusu brak, najwięcej procent miała japońska whisky (której reklama była inspiracją dla scenariusza „Między słowami”). Smakuje jak brzmi, ale do ciasta chyba się nadaje. Olej nie wiadomo, z czego wycisnęli. Jajka są normalne, choć przepiórcze kosztują dużo mniej niż kurze. Nie zabraliśmy wałka, ale butelka po winie sprawdziła się we Francji, więc zda się i tu. Stolnicy nie da się zastąpić stołem, bo tu ich nie ma. Mateusz cały wieczór wałkował na malutkiej deseczce. Nie za bardzo to spowalniało, bo dysponowaliśmy tylko jeszcze mniejszym rondelkiem do smażenia. Faworki są (w misce na pranie), ale smakują mącznie i śmierdzą tłuszczem na cały pokój. Jutro je ładnie zapakujemy przed wręczeniem i smak odejdzie na drugi plan. Jak to w Japonii.