Dzienniki Kiotijskie

Spis treści:

Słowo wstępne

W tym miejscu można zadać trzy pytania. Co robisz Ty, Czytelniku, na naszej stronie? Co robi Japonia na naszej stronie? I wreszcie, co my robiliśmy w Japonii?

Po pierwsze, większość osób, więc pewnie i Ty, ma ten adres od mojej mamy, od znajomych mojej mamy lub od znajomych znajomych mojej mamy. Po drugie, relacja z Japonii (zwana także blogiem, dziennikiem lub nocnikiem ze względu na porę powstawania) powstała w celu regularnego zaspokajania ciekawości między innymi właśnie mojej mamy, oszczędzenia nam wielokrotnego opwiadania tych samych historii oraz zapobieżenia przekręcaniu, odrealnianiu i wyolbrzymianiu ich z czasem, kiedy pamięć zaczyna szwankować. A co do trzeciego pytania, to w Japonii znaleźliśmy dzięki Mateuszowi, który interesuje się tym samym, co niektórzy Japońscy matematycy, profesorowi Kumagajemu, który interesuje się tym samym, co Mateusz, oraz profesorowi Bogdanowi, który te dwa fakty skojarzył i całą sprawę zaaranżował.

Wszystkim (czyli mojemu mężowi, mojej mamie, profesorom, czytelnikom oraz osobom, które opiekowały się w czasie naszego wyjazdu kotem i mieszkaniem) chciałabym w tym miejscu podziękować.

Na drugi koniec świata wyjechaliśmy na ponad trzy tygodnie, zaopatrzeni w trzy przewodniki, europejskie sztućce i aparat fotgraficzny. Przed wyjazdem cała moja wiedza o Japonii pochodziła w lekcji w liceum, Wikipedii i kilku filmów: drugiej części „Killa Billa”, Kwiatu wiśni - Hanami, Lalek i Old boya. Ten ostatni pochodzi co prawda z Korei, ale przed wyjazdem wszystko na wschód od Uralu zlewało mi się w jedno. Trzeci film, muszę się przyznać, przespałam. Po obejrzeniu pierwszego (amerykańskiego) za główny cel podróży uznałam zobaczenie sozu (udało się!), po drugim (niemieckim) - wejście na Fudżiego (może ziści się następnym razem). Nie obiecuję, że po przeczytaniu tej relacji ktokolwiek będzie wiedział o Japonii wiele więcej, ale zapraszam.

Agata Kwaśnicka

Agata

[powrót]